Strona główna » Aktualności » Artykuły » Awangardowa makdonalizacja Miesiąca Fotografii-na tropie UFO
Miesiac%20foto

UFO, taniec, wojna, małe miasteczka w stylu Twin Peaks- tak w bardzo dużym uproszczeniu prezentuje się tegoroczne wydanie Miesiąca Fotografii, a to wszystko za sprawą kuratora głównego festiwalu- Gordona MacDonalda, który prosto zza kanału La Manche przyjeżdża do Krakowa ze swoją propozycją postrzegania świata, czyli tytułowym: "Zewnątrz Wewnątrz". Odwiedzając kolejne wystawy Miesiąca, widać ogromną konsekwencję w ich projektowaniu, wiadomo bowiem jak to bywa przy tak obszernych projektach, często gdzieś się to prędzej czy później rozjeżdża i koniec końców dostajemy dziesięć przypadkowych, autonomicznych wystaw, w tym przypadku- pełna synergia.

Dlaczego tytułowa makdonalizacja? Nie mogłam oprzeć się tej grze słów. MacDonald nadaje tej definicji nowego znaczenia. Tworzy jego antytezę. Odchodzi od komercji na rzecz awangardy. Udowadnia jak bardzo zakorzenione w kulturze są niektóre bardzo dobrze znane nam zjawiska, a jak jednocześnie nie mamy o nich pojęcia i właśnie ta makdonalizacja w wydaniu Grodona jest przewrotna. Popkulturowa i powszechna, będąc jednocześnie odseparowana od świadomości. Przykładem może być powszechne zjawisko wojny, coś, co stało się częścią popkultury, codziennego życia, rutyną, o czym świetnie traktuje m.in. wystawa "Wojna, jaką widzimy" (The War from here) prezentowana w murach Bunkra Sztuki. MacDonald oraz zaproszeni przez niego do współpracy artyści, nie konfrontują nas z przewidywalną wojną, purpurową krwią cieknącą po asfalcie, roztrzaskanym na ziemi mięsem, spalonymi ciałami, przystawionymi do głowy metalowymi, zimnymi karabinami. Widz, zgodnie z tytułem zakrada się dzięki fotografom do środka tych problemów. Fotograf to osoba, która zyskując przywilej obcowania w jakimś środowisku na dłużej, może pokazać nam to czego nigdy byśmy nie dostrzegli, tak jak robi to, chociażby Susan Lipper zapuszczając się na długi czas w odmęty miasteczka Grapevine, fotografując życie jego mieszkańców. W tym tkwi właśnie niezaprzeczalny sukces tej edycji Miesiąca, który zamiast serca zaognionego problemu pokazuje jego zaplecze i przez to odczuwa się jego przekaz ze zdwojoną siłą. Stojąc w galerii sam na sam, przykładowo przed instalacją Sophie Ristelhueber ("Wojna, jaką widzimy"), na której mamy wielkoformatowe fotografie kraterów powstałych w wyniku eksplozji, czujemy wewnętrzny niepokój, jednocześnie banalne jest to, co widzimy bo to zwykłe dziury w ziemi, a jednak bardzo powoli ciarki wstępują na nasze ciało, bo odczuwamy jak bliskie jest nam to zjawisko, które w dziwny sposób mamy wrażenie znamy z autopsji.

Przygotowując się do konfrontacji z dziełami prezentowanymi w ramach Miesiąca Fotografii, warto mieć na uwadze statement Gordona MacDonalda, który podkreśla, że nie chce definiować tytułu głównego, oraz że każda fotografia może być dokumentem albo fikcją ,a fotograf to obserwator, który z zewnątrz spogląda na to co pozostaje wewnątrz i nawet jak jest integralną częścią zdarzenia, to aparat i tak go oddziela. Słuchając tych słów rozbrzmiewa gdzieś z tyłu głowy echo książki amerykańskiej filozof Judith Butler- Ramy wojny. Kiedy życie godne jest opłakiwania? W której to autorka porusza właśnie etyczne i techniczne kwestie fotografii wojennej i w ogóle fotografii. Wdaje się w polemikę z poglądami Susanne Sontag właśnie na temat tego kim jest autor, a kim odbiorca zdjęcia i jak je interpretować i w ogóle zastanawiają się o co chodzi w tej całej fotografii. Jeżeli ktoś ma chwilę, zachęcam natknąć się na tę książkę w księgarni.

Wystawy są przygotowane na światowym poziomie, bardzo przemyślane, poruszające aktualne problemy i na topie, bo interaktywne, jak biblioteka wojennej literatury w Bunkrze, pokój UFO w Muzeum Etnograficznym czy kącik zabaw w Centrum Filmowym. Zachwycają nawet niedostrzegane, małe elementy jak identyfikacja wizualna. Z racji tego, że już półmetek festiwalu polecam każdemu wybrać się, chociaż na chwilę na którąś z wystaw, bo niesamowicie inspirują, skłaniają do refleksji i sprawiają, że zaczynamy rozumieć, że problemy, które dzieją się obok nas, dzieją się obok nas dosłownie. To, co dzieje się na Ukrainie, w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii to zaledwie kilka godzin od nas. A wyjście z domu do galerii to tylko kilka minut, pora więc zmienić system wartościowania.

Ponad kilkanaście wystaw kontra ja. Spokojnie. Weź głęboki oddech. Rozwiązanie idealne- weź dzień wolnego w pracy, wyciągnij z piwnicy zakurzoną damkę i gwarantuję, że tym sposobem na pewno uda się zwiedzić prawie wszystko. Podróż warto zacząć od krakowskiej Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki- tam wspomniana wystawa "Wojna, jaką widzimy" (The War from here), czyli niestandardowe pokazanie wojny jako jednej z codziennych czynności życiowych. To moim zdaniem najlepsza wystawa i najsilniej uświadamiająca. Nie ma na niej ani jednej złej pracy. Począwszy od wspomnianej Sophie Ristelhueber i jej pracy – Jedenaście eksplozji, za której sprawą mamy wrażenie, że chodzimy tam gdzie chwilę temu miejsce miał wybuch, co potęguje dodatkowo format prac, kolejno prześwietne, pozornie łatwo wykonane, ale bardzo głębokie ideologicznie fotografie- Niny Bergman i jej dwa cykle "Ojczyzna" oraz "Ślub żołnierza piechoty morskiej". Nic nie zdradzę, podpowiem tylko, że to, co widzimy jest przerażające, plaża, a na niebie zamiast chmur szybowce wojskowe, piknik z rodziną i helikoptery, czy ikoniczny wracający z wojny mąż, który już nigdy nie będzie tym samy człowiekiem. To tutaj widać jak w Ameryce schemat wojny zakorzenił się w codzienności. Dalej Martha Rosler w swoim cyklu "Dom Piękny". Przynosząc wojnę bawi się techniką fotokolażu kontynuując tylko, że w inny sposób pomysły poprzedniczki. Ogromne wrażenie robi też instalacja "Mapowanie terytorium", czyli fotografie zrobione z perspektywy snajperów w samolotach odrzutowych, tyle że te kwadraty i koła, które zaznaczają dany teren przewidziany do zestrzału, przerobione są na grafiki- obrzydzające i piękne zarazem. Na koniec warto jeszcze na chwilę zatrzymać się w specjalnie przygotowanej bibliotece, która jest częścią ekspozycji i poczytać przeżycia osób, które bezpośrednio doświadczyły wojny. "That was the last night I saw Damascus. Al-saida Zainab street is a small city, like Columbia heights. I lost my dream there."

Poturbowani psychicznie tym, co dostarczył nam Bunkier, udajemy się na ulicę Rakowicką 22 do Muzeum Fotografii. Tam pozornie łatwiejszy, ale wciąż obracający się wokół tych samych problemów temat. Będący jedynie pretekstem do ukazania pewnych problemów. "My także tańczymy" (We also danec) to taneczny manifest. Manifest własnego ja i usytuowania go w świecie. Taniec to czynność intymna, wyzwalająca, w tańcu stajemy się kimś innym, zapominamy o problemach, warto zatem postawić pytanie, dlaczego tylko taniec ma być aktem pełnej swobody? To, co prezentują artyści ma być społecznym komentarzem, a taniec ma nabrać po obejrzeniu tej wystawy wymiaru niezgody politycznej, aspiracji społecznych, tworzenia wspólnoty kulturowej. U progu wystawy witają nas prace Morten Nillson Tancerze- czyli sztuczne ramy tańca towarzyskiego, które kurczowo karzą trzymać się schematów. Szczupła sylwetka, muszka, przylizany włos. Dalej rodem z amerykańskiej wielkiej produkcji telewizyjnej Dance Moms, prace Sirkka-Lisy Konttinen zatytułowane "Krok po kroku", które pokazują jak od najmłodszych lat tresuje się małe dziewczynki żeby wyrosły na wielkie primabaleriny. Pokazanie wdrażania w życie niespełnionych maminych marzeń. Pogoń za sukcesem, perfekcja i rygor. Tylko co potem, kiedy za 20 lat obudzisz się sama jedynie z setką pucharów przy boku? To nie tyle ma być prztyczek w nos dla tego zjawiska, ale pokazuje pewną modę, jaka rodzi się za granicą, kolejna po małych miss piękności. Tutaj jest to o tyle wytłumaczalne, że Konttinen uchwyciła wczesne stadium tego zjawiska, które kiedyś w okresie lat 80. XX wieku było jedyną możliwością wybicia się i osiągnięcia sukcesu, a nie bycie skazanym na kontynuowanie robotniczego rodzinnego losu. Mimo to usytuowanie tego w dzisiejszych realiach pokazuje zupełnie coś innego. Trzeba tu jeszcze wspomnieć o Ewenie Spencerze i jego cyklu "UKG" ( jedna z tych fotografii widnieje na informatorze Miesiąca), którego celem stało się uwiecznianie klubowych spotkań tanecznych. Tytułowe "UKG" to styl muzyczny, który przerodził się w undergroundowy ruch młodzieżowy przedstawicieli środowisk robotniczych we wschodnim Londynie. Fotografie te są genialne w swej prostocie. Są świadectwem epoki, ale jednocześnie dokumentem spontanicznej niezgody wyrażanej przez kulturę tańca i muzyki. Przy wyjściu celowo, żeby nie dać nam opuścić muzeum, umieszczono "Potańcówkę w Iraku" autorstwa Stephane Degoutin oraz Gwenola Wagona. Na projektorach wyświetlane są filmiki z tańczącymi Amerykańskimi żołnierzami zrobione podczas ich pełnienia służby w Iraku i Afganistanie. To zupełnie inny obraz wojny. Teraz pytanie, czy to, co robią jest na to odpowiednim miejscem i wypada, czy z kolei powinniśmy patrzeć na nich z przychylnością jako osoby, które nie straciły jeszcze do końca swojej wrażliwości i mimo tragicznych wydarzeń są w stanie wykrzesać z siebie resztki człowieczeństwa, a taniec stanowi ich chwilowe zapomnienie i powrót do normalności?

Szybko wsiadamy na rower i pedałujemy dalej. Kierunek Muzeum Etnograficzne i latające spodki. Kiedy słyszymy UFO, zawsze wydaje się to być zakrapiane nierealnością, ale Gordon MacDonald przywozi ze sobą do Krakowa zbiory "UFO Photo Archives", w skład których wchodzą archiwalne filmy dokumentalne, które można w całości obejrzeć, serie fotografii, a nawet książki naukowe na ten temat. Wtedy pojawia się dylemat, może i jest to wytwór popkultury i wyobraźni, ale zaraz, wszystko ma przecież jakieś swoje podłoże. Tutaj jesteśmy wystawieni na kuratorską próbę, o której wie tylko sam MacDonald. Prawda naukowa czy fikcja i najważniejsze pytanie, które niby wychodzi od UFO, a może odnieść się do wszystkiego: w co dziś wierzyć, czy to, czym karmią nas media to prawda? Taka jest w skrócie wystawa: Nierozstrzygający moment. Jeżeli zejdziemy po schodach na dół dostaniemy polski, zaskakująco przekonywający odpowiednik zielonych ufoludków, czyli Punkt obserwacyjny, w skrócie statki kosmiczne w Tatrach oraz krótka historia Jana Wolskiego, mieszkańca wsi Emilcin, twierdzącego, że w 1978 podczas powrotu do domu został uprowadzony przez dziwne istoty oraz ich pojazd.

Ostatni przystanek Podgórze. Najpierw MOCAK i czarno-biały fotoreportaż Susan Lipper, a potem Centrum Filmowe i wystawa Show Off, czyli młodzi debiutanci. Obie wystawy, nie będę tu oryginalna, a raczej już nudna- bardzo dobre. Susan Lipper przenosi nas swoim średnioformatowym aparatem do kadrów rodem z filmów braci Coen. Trochę jest to Lynchowski świat ze względu na tajemniczość, ale bardziej mroczny i zahaczający o dziwność wyłaniającą się z fotografii Diane Arbus. "Grapevine: 1988-1992"- tytuł nawiązuje do Grapevine Branch, małej miejscowości w Wirginii Zachodniej w USA, gdzie autorka przyjeżdża na przełomie lat 80. i 90. XX wieku i fotografuje życie tamtejszych mieszkańców. Małe, hermetyczne, „kłusownicze” miasteczko, takie uczucia mamy na początku, z czasem uświadamiając sobie, że cały cykl fotografii i tytułowe Grapevine ukrywa jakąś tajemnicę, ale nawiązując znów do Gordonowskiej manipulacji stawiamy pytanie- czy to fakt, czy złudzenie?

W skład Programu Głównego wchodzi jeszcze wystawa "Liban i Płaszów- nowa archeologia" Diany Lelonek. Ale Miesiąc Fotografii to nie tylko Program Główny. W Centrum Filmowym wystawa Nie przygryzaj warg. "Masz już krew na ustach" ( Don’t bite your lips. You have blood on them already) i bardzo wysoki poziom reprezentowany przez młodych fotografów, zwłaszcza prace Terje Abusdal, Flor Maesen- Gdyby tylko wiedzieli z czego zrobione jest ciało czy witające nas w progu, tuż po przejściu przez kolorowe wstążki prace Viacheslava Poliakova. W Galerii Szara Kamienica fani tematyki UFO znajdą rozszerzenie "Nierozstrzygającego momentu", czyli wystawę "UFO Visual Lab"- młodzieżowa interpretacja tego zagadnienia, w Galerii Starmach ciekawa wystawa kolekcjonerska, a na Tomasza w ZPAF Gallery Wystawa laureata Nagrody Griffin Art Space Wiktora Dąbkowskiego- "Flirt towarzyski", czyli podróż po uzdrowiskowych sanatoriach. Oprócz tego przeglądy portfolio, po raz pierwszy w Krakowie spotkania ze specjalistami z branży fotograficznej, czyli Wszyscy jesteśmy fotografami, a także koncerty i targi kolekcjonerskich książek fotograficznych- to wszystko sprawia, że nie sposób nie dać się urzec magii, jaką rozsiewa ten festiwal. A teraz pomyślcie ile to wymagało pracy. Warto zatem docenić ten trud i dołożyć do tego chociaż jedną cegiełkę w postaci swojej obecności.

 

Miesiąc Fotografii – 19.05-18.06.17

 

 

fot. materiały prasowe

Olivia Piekutowski

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ