Strona główna » Aktualności » Artykuły » Katalog prac Jadwigi Maziarskiej - rozmowa z Anną Baranową
Xx004221206

W ostatnich tygodniach środowisko historyków sztuki i rynek aukcyjny zaniepokoiła informacja o publikacji katalogu prac Jadwigi Maziarskiej zawierającego dzieła, co do których autentyczności istnieją zastrzeżenia. Sprawa wydawnictwa została poruszona w maju bieżąceg roku na zebraniu oddziału krakowskiego Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Krótko po tym spotkaniu mieliśmy okazję porozmawiać z Anną Baranową - przewodniczącą Sekcji Sztuki Nowoczesnej SHS - która zgodziła opowiedzieć nam o zaistniałej sytuacji, kwestii falsyfikatów na rynku sztuki oraz uwarunkowaniach prawnych i systemowych na rynku sztuki.

Sara Kiedroń: W jaki sposób dowiedziała się Pani o zamieszczeniu reprodukcji prac o niepewnym autorstwie w najnowszej książce Bogdana Podgórskiego o Jadwidze Maziarskiej?

Anna Baranowa: We wrześniu ubiegłego roku zostałam zaproszona do napisania wstępu do książki Bogdana Podgórskiego. Akurat jechałam do Berlina, w niedługim czasie miałam zorganizować w Krakowie wystawę jednej z berlińskich artystek – to był dla mnie bardzo napięty czas. Wtedy zadzwonił do mnie Konstanty Węgrzyn, z którym wcześniej połączyła mnie owocna współpraca przy okazji tekstu do katalogu Mikołaja Kochanowskiego. Powiedział, że autor książki o Jadwidze Maziarskiej byłby zaszczycony, gdybym jako specjalistka od Grupy Krakowskiej i malarstwa materii napisała wstęp do jego książki. Oczywiście moja duma zawodowa została połechtana, a jednocześnie zaniepokoiłam się: ktoś napisał książkę o Jadwidze Maziarskiej – dlaczego nie ja? Pamiętałam Bogdana Podgórskiego jako autora książki o Bronisławie Rychter-Janowskiej. Ta książka wyglądała solidnie. Pomyślałam naiwnie, że publikacja o Jadwidze Maziarskiej utrzyma ten poziom. Zaznaczyłam, że mam niewiele czasu, ale jeżeli autorowi zależy, to spotkam się z nim i ustalimy szczegóły. Tak też się stało – spotkaliśmy się 16 września. To był mój pierwszy kontakt osobisty z panem Podgórskim. To, co mówił, było przekonujące. Zgodziłam się napisać w stosunkowo krótkim czasie trzy strony wstępu, poprosiłam o przesłanie tekstu książki i pdfu z ilustracjami. Jako, że byłam wówczas bardzo zajęta, otworzyłam dokument z ilustracjami dość późno, kiedy miałam już rozpocząć pisanie tekstu. Zobaczyłam ilustracje i zamarłam. Bardzo źle znoszę kontakt z wątpliwymi pracami – tutaj oczywiście w formie reprodukcji. Co ciekawe, wcześniej rozmawialiśmy z panem Podgórskim na temat reakcji, jakie budzi dzieło sztuki, a także tych, które wywołuje falsyfikat. Pan Podgórski mówił o sobie, że jest miłośnikiem sztuki, żyje nią od wielu lat i wyczuwa falsyfikaty niemal zmysłowo. Powiedziałam wtedy, że świetnie się składa, ponieważ ja bardzo podobnie odczuwam, kiedy z dziełem sztuki jest coś nie tak. Naturalnie później przychodzi w sukurs wiedza, ale chwila, w której „zapala się lampka” jest bardzo istotna. W książce „Falsyfikaty dzieł sztuki w zbiorach polskich” wydanej przez Stowarzyszenie Historyków Sztuki (w 2001) znajduje się artykuł Anny Żakiewicz, która przez lata walczyła z falsyfikatami Witkacego. Autorka przywołuje Prousta,  który w „Poszukiwaniu straconego czasu” pisał o starym archeologu płaczącym przed zabytkami asyryjskimi. Na widok falsyfikatów oczy archeologa pozostawały suche. Motyw odczuwania ciałem pojawia się także w przypadku Heleny Blum, która często zasypiała, także podczas komisji zakupów w Muzeum Narodowym w Krakowie. Kiedy specjaliści debatowali o autentyczności obiektów, ona nagle budziła się i mówiła nieomylnie „fals” lub „nie fals”. Podobnie w było w moim wypadku. Kiedy zaczęłam oglądać zdjęcia w przesłanym pdfie, zwątpiłam. Szybko zadzwoniłam do Bogdana Podgórskiego, że muszę wycofać się ze swojej obietnicy, ponieważ przesłane prace budzą moje wątpliwości. Byłam też zdruzgotana, że prace wybitnej, cenionej przeze mnie artystki można przedstawiać w takim świetle. Nie miałam wtedy możliwości, aby dalej drążyć tę sprawę. Wysłałam pdf ze zdjęciami do Barbary Piwowarskiej, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Jak się później okazało, ten mail do niej nie doszedł. Żywiłam cichą i naiwną nadzieję, że skoro wycofałam się z napisania wstępu, autor zrezygnuje z wydania książki. Pod koniec roku znalazłam jednak na moim biurku w pracy wydrukowany egzemplarz – wtedy zaczęły się schody.

S.K.: Czy środowisko naukowe historyków sztuki zamierza podjąć kolejne kroki w sprawie tej publikacji?

A.B.: Jak Pani wie, 22 maja odbyło się spotkanie w siedzibie Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Historyków Sztuki pt „Jadwiga Maziarska –  w fałszywym świetle”, które prowadziłam i którego byłam inicjatorką. Kieruję Sekcją Sztuki Nowoczesnej od piętnastu lat. To spotkanie było długo przygotowywane we współpracy z Martą Tarabułą. Obie byłyśmy związane z Maziarską i uznałyśmy, że artystka nie zasługuje na takie potraktowanie, a książka zniekształca obraz jej twórczości. Wiedziałyśmy, że musimy to zrobić dla Jadwigi, mimo, że mamy na głowie mnóstwo innych spraw – takie sytuacje zawsze zabierają dużo czasu i energii. Dostałyśmy jednak wsparcie od innych specjalistów, między innymi Barbary Piwowarskiej, uchodzącej za najlepszą specjalistkę od twórczości Jadwigi Maziarskiej. Uznałyśmy zatem, że  możemy się zmierzyć z tym problemem. Napisałyśmy list otwarty i zwróciłyśmy się do specjalistów o poparcie. Pod listem podpisało się 15 osób, oprócz Barbary Piwowarskiej – Krystyna Czerni, Andrzej Turowski, Cezary Pieczyński, Piotr Majewski, z Grupy Krakowskiej Janusz Tarabuła, Jerzy Kałucki i Jan Pamuła, a także Jacek Maria Stokłosa i Karolina Czerska. Nie rozpropagowywałyśmy listu szeroko, jako że chodziło nam o osoby, które na twórczości Maziarskiej się znają lub są przedstawicielami stowarzyszeń branżowych lub twórczych. Ważne więc było dla nas,  że list podpisały także prezes  Oddziału Krakowskiego SHS Joanna Daranowska-Łukaszewska oraz wiceprezes Monika Rydiger, prezes Okręgu Krakowskiego ZPAP Joanna Warchoł oraz przedstawicielka Zarządu SAiMP Janina Górka-Czarnecka. Zainteresowałyśmy również sprawą Pawła Duszę – dyrektora muzeum w Sosnowcu, mieście urodzin artystki. Miasto zresztą bardzo się tym faktem chlubi, a muzeum eksponuje jej prace. List spotkał się z dobrym przyjęciem, co dało nam podstawy do dalszych działań. Barbara Piwowarska nie mogła być obecna na spotkaniu, napisała więc druzgocącą opinię na temat książki, w równie ostrych słowach podsumowała jej zawartość ilustracyjną. Na spotkanie nie mógł dotrzeć również Cezary Pieczyński – wybitny kolekcjoner z Poznania, który ma w swoim zbiorze znakomite przykłady twórczości artystki. Pieczyński był bardzo niezadowolony, że reprodukcje dzieł z jego kolekcji znalazły się w książce Podgórskiego wśród reprodukcji wątpliwych prac. Niestety – jak mi powiedział – zawierzył Domowi Aukcyjnemu Nautilus, który zwrócił się do niego o użyczenie fotografii do książki Bogdana Podgórskiego. Spotkanie było więc kolejnym etapem działań, odbiło się zresztą dobrym echem w prasie. Naturalnie chcemy, aby ten temat zszedł z poziomu sensacji dnia, ponieważ przypadek tej książki to jedynie wierzchołek góry lodowej i pewien symptom procesów, które drążą rynek sztuki w Polsce nie od dziś. Książka jest namacalnym objawem choroby, która toczy rynek sztuki – zwłaszcza nowoczesnej, którą się zawodowo zajmuję. Jestem specjalistką od Grupy Krakowskiej, malarstwa materii i kapistów. W katalogach aukcyjnych nie raz widziałam prace, które wzbudzały moją wątpliwość. Na niepewną Maziarską zwróciłam uwagę już kilka lat temu, ale przyznam się do pewnej bezradności – nie wiedziałam, co mogłabym z tym zrobić. Nie ma czasu na reagowanie w sprawie każdej wątpliwej rzeczy, ponieważ zawsze w takich wypadkach swoje stanowisko trzeba dobrze uzasadnić. Ta książka po raz pierwszy wiele takich wątpliwych prac zebrała, również tych, które na rynku krążyły od kilku lat w polskich domach aukcyjnych. To zgromadzenie wielu wątpliwych prac w jednym miejscu to chyba jedyna dobra strona zaistniałej sytuacji. Niestety, nabywcy prac Maziarskiej wiele dziś ryzykują.

S.K.: Mówi Pani o swoich sporadycznych doświadczeniach związanym z rynkiem sztuki. Być może z praktyki koleżanek i kolegów wie Pani, na ile środowisko historyków sztuki monitoruje to, co się dzieje na rynku. Czy Stowarzyszenie Historyków Sztuki śledzi aukcje lub podejmuje wysiłki w celu uporządkowania sytuacji na rynku sztuki?

A.B.: Stowarzyszenie Historyków Sztuki na dzień dzisiejszy nie ma takich możliwości. Książka Bogdana Podgórskiego świadczy o chorobie rynku, ale również – powiem to szczerze i bez chęci kalania swojego gniazda – o słabości środowiska badaczy sztuki nowoczesnej w tej konkretnej dziedzinie. Nic nie wiem o inicjatywach, które miałyby wpływać na transparentność i uczciwość na rynku sztuki. To jest także wypadkowa postaw podmiotów, które otrzymują dzieła sztuki do sprzedaży, czyli domów aukcyjnych i galerii. Być może są podejmowane kroki w celu weryfikacji obiektów oferowanych do sprzedaży, ale do mnie osobiście zwrócono się jedynie kilka razy. Niestety, pojawiają się także sytuacje, w których handlarz prosił już jednego specjalistę o opinię, ten odmówił, więc skierował się do innego. Wszystko jest kwestią uczciwości i kompetencji rzeczoznawców oraz wysiłków osób, które w nieuczciwy sposób chcą sprzedać nieautentyczną pracę. Tego rodzaju sytuacje tworzą całą sieć powiązań i zależności. Trzeba być bardzo czujnym i uczciwym przede wszystkim wobec siebie: na ile ja, jako ekspertka, mogę się wypowiedzieć w danej sprawie? Z mojej praktyki wynika, że istnieją dwa rodzaje podróbek: zupełnie nieudolne, widać je gołym okiem oraz te bardziej zaawansowane. Te ostatnie wymagają od eksperta prawdziwego znawstwa. Dopóki nie ma wypracowanych rozwiązań instytucjonalnych, za którymi idą konkretne pieniądze, będziemy pływać w morzu niepewności. Bogdan Podgórski oczekiwał ode mnie po spotkaniu w OK SHS, że wskażę, które reprodukowane obrazy budzą mój niepokój. Nie podejmuję się takich działań w pojedynkę, musiałabym odbyć konsultacje z Martą Tarabułą, Barbarą Piwowarską i Cezarym Pieczyńskim. Jako grupa zainteresowanych chcemy się zwrócić do Departamentu Własności Intelektualnej i Mediów MKDiN i wskazać na zaistniałe nadużycia. Przypadek książki  Bogdana Podgórskiego wydaje się być bezprecedensowy. Wiadomo, że jeśli istnieje rynek sztuki, istnieje także podaż falsyfikatów. Jednak zebranie takiej liczby wątpliwych prac w książce, która przecież stanowi punkt odniesienia do badań proweniencyjnych, jest wyjątkowe.

                                                                            

S.K.: Czy uważa Pani, że istnieje potrzeba weryfikacji wydanych już monografii i katalogów artystów pod kątem autentyczności reprodukowanych prac? Jeśli tak, jaki organ mógłby się tego podjąć – Stowarzyszenie Historyków Sztuki, niezależni eksperci, a może powołana w tym celu komisja?

A.B.: Myślę, że komisja niezależnych ekspertów. Stowarzyszenie Historyków Sztuki działa społecznie, nie pobieramy żadnych wynagrodzeń. Robimy to z poczucia obowiązku i odpowiedzialności zawodowej. Weryfikacja musi wiązać się jednak z gratyfikacją finansową – ekspertów należy wynagradzać, ponieważ ich wiedza jest wysoce wyspecjalizowana. Weryfikacja publikacji to bardzo duża praca. Najlepiej byłoby, gdyby domy aukcyjne i galerie za każdym razem, kiedy otrzymują prace artystów do sprzedaży opierały się na sprawdzonych danych. Na stronie Polskiego Domu Aukcyjnego znalazłam niedawno prace abstrakcyjne przypisywane Jadwidze Maziarskiej i oferowane do sprzedaży w 2014 roku. W ich opisach tkwią jak rodzynki cytaty moich wypowiedzi o artystce. Widać wyraźnie, że dom aukcyjny postarał się o merytoryczną „oprawę” swojej oferty. Szkoda, tylko że prace te wzbudzają duże wątpliwości. Zobaczyłam tę ofertę grubo post factum. Muszę w końcu zażądać usunięcia moich słów z tej strony internetowej.

S.K.: We Francji obowiązuje bardzo restrykcyjny model weryfikacji autentyczności dzieł sztuki. Tam też przyjął się model porządkowania spuścizny artysty przez fundacje poświęcone jego twórczości, których celem jest przede wszystkim wydanie kompletnego katalogu dzieł - catalogue raisonné. Coraz częściej mówi się o tym, że w Polsce taka działalność również jest niezwykle potrzebna. Z mojego doświadczenia wynika, że takich prac właściwie się w Polsce nie prowadzi. Czy sądzi Pani, że w polskim modelu rynkowym powstawanie takich podmiotów jest realne? Czy mamy środki i możliwości, aby takie informacje były gromadzone i publikowane?

A.B.: To bardzo trudny problem. Ja uważam, że w Polsce modelu w ogóle nie ma – panuje wolna amerykanka. We Francji istnieje stabilny model rynku i współpracy odpowiednich podmiotów służącej temu, aby dzieła sztuki były jak najlepiej opracowane i udostępniane. Można skutecznie chronić spuściznę artystów przed nadużyciami przy istnieniu rynku, który jest stabilny, a w trakcie długiego rozwoju wypracował własne mechanizmy. Nasz brak modelu wynika między innymi z tego, że jesteśmy rynkiem bardzo młodym, który zaczął się na nowo formować od roku 1989. Po okresie burzliwego rozwoju, z końcem pierwszej dekady nowego wieku ten rynek znowu się zapadł, ale chyba już wychodzimy z dołka. Takie wahania nie sprzyjają stabilizacji. Aby powstawały kompletne katalogi twórczości artystów potrzeba wiele czasu, nakładów pracy i pieniędzy. Dlatego też stoimy w martwym punkcie. W sytuacji słabości rynku sztuki silna sieć fundacji jest odległą perspektywą. Oczywiście możemy mówić o fundacjach Nowosielskiego, Wróblewskiego, Kantora, Potworowskiego, Nachta Samborskiego, Lebensteina. Niestety, to kropla w morzu potrzeb. Nie mają one też dużych środków, które są niezbędne dla opracowania „katalogów rozumowanych”. W przypadku takich katalogów dobrze jest tworzyć zespoły ekspertów, nie wydaje mi się bowiem, aby jeden badacz mógł skutecznie taki materiał opracować. Przy okazji roku Wyspiańskiego (1998) profesura akademicka postulowała konieczność opracowania i wydania takiej publikacji dla czołowego przecież polskiego artysty. Nie wiem, czy to się posunęło się do przodu? W Szwajcarii takie katalogi powstają w ramach Szwajcarskiego Instytutu Sztuki (SIK-ISEA). Utworzony w roku 1951, wypracował on modelowe rozwiązania, jak badać, gromadzić i upowszechniać informacje na temat twórczości artystów szwajcarskich dawnych i współczesnych. Osiągnięcia tego centrum, posiadającego kompetencje międzynarodowe, są publikowane w formie solidnych katalogów oraz w internecie. Ważne jest to, że badania historyczno-sztuczne są ściśle łączone z wiedzą z zakresu technologii sztuki. 

S.K.: Warto zwrócić uwagę na to, że artyści, którzy doczekali się takich opracowań w Polsce to twórcy dobrze rozpoznani na rynku zachodnim. Dzieła pojawiające się na tamtejszych aukcjach dają impuls do tego, aby taką spuściznę dobrze rozpoznać i opracować. Z drugiej strony powstanie catalogue raisonné znacznie podnosi wartość rynkową samych prac i buduje zaufanie ze strony rynku.

A.B.: Ja zajmuję się od wielu już lat biografią i twórczością Piotra Potworowskiego i marzę o tym, aby powstał  catalogue raisonné jego prac. Jednak mam wrażenie, że musi minąć jeszcze dużo czasu, abyśmy mieli kompletny obraz jego twórczości. Obecnie na rynku brytyjskim pojawiają się co jakiś czas dzieła, które powstały w okresie, kiedy artysta przebywał w Anglii. Były kupowane wprost od niego lub za pośrednictwem galerii, były przez artystę ofiarowywane. Kolekcjonerzy umierają, a spadkobiercy nie zawsze są zainteresowani ich zatrzymaniem. Tworzenie catalogue raisonné to prawie zawsze jest proces – ciągle będzie coś wypływać, wiele obszarów jest nierozpoznanych, sporo dzieł jest za granicą. W ostatnim czasie pojawiła się informacja o ambitnym projekcie catalogue raisonné dzieł Józefa Czapskiego. Zajmuje się tym Elżbieta Skoczek i założona przez nią Fundacja Suseia, która taką deklarację złożyła na swojej stronie internetowej. Tego rodzaju projekty wymagają dużych pieniędzy i współpracy ze specjalistami. Są to rzeczy, których nie da się zrobić na skróty. Mówimy o sprawdzaniu kontekstów, proweniencji, czy o tak prozaicznych sprawach jak odczytywanie pieczątek z tyłu obrazu, co czasami może rodzić trudności. Niestety, zdarza się, że ci, którzy nieuczciwie sprzedają dzieła sztuki korzystają z wiedzy fachowców, aby ulepszać swoje metier. Usłyszałam o tym od mojej koleżanki, specjalistki od Jana Matejki. W pewnym momencie przestała informować o szczegółach swoich analiz, ponieważ zauważyła, że jej uwagi na temat wątpliwych prac, są wykorzystywane do tego, aby kolejne falsyfikaty były coraz lepsze.

S.K.: Czy Wydaje się Pani, że pewni twórcy ze względu na medium, z którego korzystają lub tematy, które poruszają są łatwiejsi do falsyfikowania?

A.B.: Ilość podróbek nadąża za popytem. Fenomen fałszowania klasyków współczesności jest z jednej strony pozytywny – świadczy o rosnącym popycie na dzieła sztuki współczesnej. W czasach PRL można było tanio kupić obrazy tych artystów, którzy dziś są klasykami, tak poszukiwanymi przez kolekcjonerów. Również na Maziarską ten popyt był wówczas bardzo ograniczony. Niektórym wydaje się, że ze względu na abstrakcyjną formę takie obrazy są łatwe do podrobienia, ale te falsyfikaty nie mają energii, która drzemie w oryginałach. Według mnie książka Bogdana Podgórskiego zawiera masę świetnych deseni na tkaniny. To są piękne wzory na sukienki, które nie mają nic wspólnego z Maziarską. Podobnie jest z pracami, które mają imitować obrazy związane z nurtem malarstwa materii. Sam kierunek miał oczywiście lepsze i gorsze momenty, znalazł naśladowców i paseistów. Maziarska, która uznana jest za prekursorkę tego nurtu, w świetle książki Podgórskiego wygląda jak nieudolna paseistka! Niektóre reprodukowane w książce prace w ogóle twórczości Maziarskiej nie przypominają. Jakaś wklejona sieć, struktury podobne do plastra miodu czy polanie pracy woskiem ... To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie chciało uchodzić za dzieła Jadwigi Maziarskiej! Książka jest bardzo sprytnie zbudowana – obok obrazu o pewnej proweniencji, na przykład muzealnego – znajduje się coś, co nawiązuje formalnie do sprawdzonych już rozwiązań. Mamy tu jakieś wariacje na temat Maziarskiej, ale daleko im do mistrzostwa jej ręki. Marta Tarabuła rozmawiała na ten temat z Jerzym Kałuckim, który po zobaczeniu książki napisał kapitalną opinię: Obrazy starają się imitować FORMĘ obrazów artystki (często nieudolnie). Są pozbawione wewnętrznego przesłania, które może nadać tylko autor autentycznej pracy. Maziarska zresztą mówiła, że sztuka jest po to, aby budzić chęć do życia. Na spotkaniu powiedziałam, że ta książka cuchnie trupem.

Ta historia pozostawia duży niesmak i spędza mi sen z powiek od wielu tygodni. Na szczęście początkowe poczucie bezradności zmniejsza się, właśnie dzięki podjętym działaniom o charakterze publicznym. Janina Górka-Czarnecka, należąca do Zarządu Stowarzyszenia Antykwariuszy i Marszandów Polskich, już kiedyś podzieliła się ze mną troską, że jest zbyt mało wiarygodnych specjalistów, którzy zajmują się sztuką współczesną i mogą współpracować z rynkiem sztuki (pracownicy muzeów są z tego wyłączeni). Tego rodzaju wiedza jest nabywana przez lata obcowania z dziełami. Niestety, poruszamy się w nieuporządkowanej branży, gdzie czasem łatwiej wzruszyć ramionami, twierdząc, że nic się nie da z tym zrobić. Wychodząc od inkryminowanej książki Bogdana Podgórskiego, warto zastanowić się nad powołaniem grupy inicjatywnej, która przeanalizuje sytuację pod kątem luk ustawodawczych, braku ochrony rynku, spuścizn artystów oraz interesów kolekcjonerów. Chciałabym mieć na przykład zagwarantowaną możliwość zgłoszenia gdzieś wątpliwości dotyczących autentyczności prac, jeśli takie się pojawiają. Nie chodzi tu tylko o Maziarską, ale o Ernę Rosenstein, Jonasza Sterna, Jerzego Nowosielskiego, Tadeusza Kantora oczywiście i wielu innych artystów, których dzieła są chętnie widziane na rynku sztuki nowoczesnej. Niestety, w tym zakresie przed nami jeszcze bardzo długa droga. Zależałoby mi, aby przedstawiciele i eksperci Stowarzyszenia Historyków Sztuki, Stowarzyszenia Antykwariuszy i Marszandów Polskich oraz Związku Polskich Artystów Plastyków chcieli się porozumieć, aby przeanalizować sytuację i opracować postulaty dla ustawodawcy. Być może majowe spotkanie w OK SHS” będzie do tego wstępem.

S.K.: Czy domy aukcyjne i galerie podejmują wystarczające wysiłki, aby zabezpieczyć się przed takimi sytuacjami? Dysponują przecież większym niż środowisko naukowe kapitałem, współpracują z ekspertami, są pierwszym miejscem, gdzie dzieła sztuki trafiają, wydają również dużo publikacji. Co można zrobić, aby polepszyć istniejącą sytuację?

Zadanie dla domów aukcyjnych i galerii –  to przede wszystkim podnoszenie poziomu działalności, pilnowanie jakości i etyki zawodowej. Dobrze by było, gdyby nie oszczędzano na ekspertach. Często jest się proszonym o opinię z doskoku, po znajomości, na zasadzie: wpadnij i rzuć okiem. To nie powinno tak wyglądać. W innych dziedzinach konsultacje i opinie kosztują. Tymczasem na rynku sztuki uprawia się dziwnie pojętą politykę oszczędności. Są oczywiście różne kategorie domów aukcyjnych. Istnieją niestety adresy takie, gdzie liczba wątpliwych prac w katalogach jest naprawdę niepokojąca. Komu to zgłaszać? Jak musi czuć się kolekcjoner, który dowiaduje się, że nabył falsyfikat? Domy aukcyjne oczywiście mogą popełniać błędy, niech jednak wynikają one z ryzyka zawodowego, a nie z celowego działania.

S.K.: Bardzo dziękuję za rozmowę.

                                                                                           

 

 

Sara Kiedroń

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ