Strona główna » Aktualności » Artykuły » KOLEKCJONERSTWO I RYNEK SZTUKI - KRZYSZTOF MUSIAŁ / Część I
Jongko2%202010

Zespół Numarte odbył rozmowę na temat kolekcjonerstwa, polskiego rynku sztuki oraz aspektów z nim związanych z Krzysztofem Musiałem – miłośnikiem sztuki, jednym z największych i najbardziej znanych kolekcjonerów sztuki w Polsce oraz twórcą firmy ABC Data specjalizującej się w dystrybucji sprzętu IT i elektroniki. W swojej niezwykle bogatej kolekcji Musiał posiada zarówno dzieła sztuki polskiej, jak i balijskiej.

Weronika Ptak: W wielu rozmowach opowiada Pan o swojej drodze zawodowej, o swoich gustach artystycznych oraz o kolekcjonowaniu. Nie chciałabym powielać pytań, które już padły dlatego odrazu zacznę od rynku sztuki.  Jakie Pańskim zdaniem zmiany zaszły w jego obrębie w przeciągu ostatnich 20 lat?

Krzysztof Musiał: Jak ten rynek się zmienił? Myślę, że bardzo. To najkrótsza odpowiedź. Na pewno wydoroślał, dojrzał. Także przez to, że obecnie mamy znacznie więcej galerii i domów aukcyjnych niż 20 lat temu. Polski rynek sztuki obecnie ma też bardziej zorganizowany charakter, jest bardziej uporządkowany. Również, jeśli chodzi o ceny dzieł sztuki, jest w tym jakaś logika, konsekwencja. Oczywiście zdarzają się pewne absurdalne sytuacje jak, chociażby zeszłoroczna sprawa aukcji obrazów Rafała Malczewskiego. Nie mniej uważam, że w przeciągu tych 20 lat rynek sztuki stał się bardziej zorganizowany i przewidywalny – to jedna sprawa. Druga zaś to fakt, że oczywiście obecnie mamy więcej kupujących oraz  kolekcjonerów. 20 lat temu była to bardzo wąska grupa osób, która nagle po przemianach w 1989 roku doszła do dużych pieniędzy, które lokowano w sztukę. Osoby te miały często po prostu taki kaprys, chciały się dowartościować w swojej grupie społecznej albo pochwalić, że posiadają dzieła sztuki we własnych mieszkaniach czy biurach. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tamta grupa oczywiście wciąż istnieje, ale mamy też bardziej przeciętnych, nazwijmy to zwykłych kolekcjonerów. Są to przeważnie młodzi ludzie, nie mają jeszcze 40 lat, ale są już dość zamożni i kupują, bo dana sztuka im się po prostu podoba. Inwestują często nawet powyżej 100 tys. złotych. Istnieje moim zdaniem także grupa kolekcjonerów nieco mniej zamożnych, których można zaliczyć do klasy średniej. Kupują oni dzieła zwykle w granicach od 5 do 20 tys. Oczywiście są też Ci najbardziej bogaci kolekcjonerzy, którzy dziełami sztuki abstrakcyjnej czy awangardowej, urządzają swoje prywatne jachty. Musimy jednak pamiętać, że to  jedna strona medalu. Z drugiej strony, nasz rodzimy rynek sztuki wciąż jest bardzo „wąski”. Mam tu na myśli fakt, że trudno jest pozyskiwać konkretne dzieła sztuki. Naszym rynkiem rządzą też przejściowe mody – trwają czasem kilka lat. Istnieje np. wąska grupa twórców, których dzieła cieszą się dużym zainteresowaniem i wielu chce je mieć. Obecnie chętnie nabywane są prace Wojciecha Fangora, Ryszarda Winiarskiego czy Leona Tarasewicza. Ciekawym przykładem jest także twórczość Jerzego Nowosielskiego, która jeszcze kilka lata temu była bardzo pożądana i wydaje się, że nadal tak jest, jednak w dużo mniejszym stopniu.

Sara Kiedroń: Czy nie uważa Pan, że to może być efekt pewnej tendencji, a mianowicie, że kolekcjonerzy zwłaszcza ci najmłodsi, którzy dopiero uczą się poruszania po rynku, nie mają jeszcze tak dobrego rozeznania i bardziej podążają za trendami sztuki, niż sami ją eksplorują?

KM: Myślę, że jest dokładnie tak, jak Pani mówi. Obecnie jest bardzo dużo osób, które dopiero weszły w to środowisko i nie miały czasu nauczyć się sztuki „bycia kolekcjonerem”. Znają kilka nazwisk. Wiedzą, że są to pewniaki i chcą to kupować, bo tak robią wszyscy. Myślę, że tu znowu potrzeba czasu, aż ta grupa się wyedukuje i sama dojdzie do tego, co chce kupować i nie będą to tylko najbardziej „topowe” nazwiska.

WP: Czy w świetle regulacji prawnych polskiego rynku sztuki widzi Pan jakieś zagrożenia dla kolekcjonerów?

KM: W przypadku polskiego rynku sztuki nie możemy mówić o żadnych regulacjach prawnych. Z tego, co się orientuję w większości krajów zachodnich, istnieją odpisy od inwestycji w dzieła sztuki. Szkoda, bo w Polsce nie ma żadnych aktywnych bodźców prawnych, podatkowych, które zachęcałyby do inwestowania w sztukę. W wielu krajach takie istnieją i dzięki temu kolekcjonowanie sztuki, kupowanie jej jest tam bardziej popularne.

WP: Niestety podobnie sprawa wygląda z zawodem rzeczoznawcy.

KM: Tak i to jest kolejny temat rzeka. Nie istnieją żadne regulacje prawne, które określałyby kto może, a kto nie może być rzeczoznawcą sztuki. Kiedyś istniał taki wymóg, że trzeba było być członkiem Związku Historyków Sztuki. Teraz już on nie istnieje. Pozostaje także kwestia ubezpieczenia rzeczoznawców od pomyłek, bo takie mogą przydarzyć się nawet najlepszemu znawcy. W Polsce, o ile mnie wiadomo, jedynym ubezpieczonym rzeczoznawcą jest Pan Adam Konopacki. Natomiast uważam, że instytucja rzeczoznawcy powinna być bardziej uregulowana. Począwszy od wymogów, co trzeba zrobić, by pełnić tę funkcję, przez miejsce, gdzie takie osoby miałyby się rejestrować i skończywszy na kwestii ubezpieczenia, o którym mówimy.

WP: Czy Pańskim zdaniem ubezpieczanie dzieł sztuki z własnej kolekcji jest popularnym działaniem wśród kolekcjonerów?

KM: Myślę, że jest to bardzo delikatna kwestia. Nie sądzę by wiele osób kolekcjonujących sztukę, ubezpieczało swoje zbiory. Żeby ubezpieczyć jakieś naprawdę bardzo wartościowe dzieła sztuki, firmy ubezpieczające żądają wywiązania się z różnych warunków. Trzeba mieć odpowiednie zamki, kraty w oknach, alarm, albo jeszcze ktoś ma siedzieć i pilnować tego wszystkiego. Problematyczny jest też zapewne ten aspekt czysto ludzki. Tylko proszę mnie tu źle nie zrozumieć, jednak dużo kolekcjonerów nie chce się chwalić, tym co ma, bo też nigdy nie wiemy kim, jest ta druga osoba, która zajmuje się np. ubezpieczeniem. W pewnym sensie jest to podanie do opinii publicznej informacji, o tym, co się posiada. I wiele osób zwyczajnie się tego boi. Kilka lat temu pokazywałem swoją kolekcję w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i kolekcjonerzy, którzy byli na wernisażu, pytali mnie, czy nie boję się tego wszystkiego pokazywać. Myślę jednak, że taki trend pokazywania swoich zbiorów powoli się upowszechnia. W Polsce przede mną robił to na przykład Wojtek Fibak.

Marta Kudelska: W jednym z wywiadów przeczytałam, że stara się Pan kupować prace bezpośrednio od artystów, ale kupuje Pan także na aukcjach młotkowych i internetowych. Chciałabym zapytać o to, jakie Pańskim zdaniem są wady, a jakie zalety tego drugiego typu aukcji?

KM: Myślę, że musimy tu zaznaczyć, że są dwa typy aukcji internetowych. Pierwsze to te tylko internetowe, gdzie często trafiają prace słabsze. Drugi typ to takie aukcje, gdzie poza aukcją w domu aukcyjnym ma miejsce też transmisja w Internecie. Jak najbardziej uczestniczę w tych drugich, bo jest to bardzo duże udogodnienie, gdy nie można być na takim wydarzeniu osobiście. Istnieją w tym wypadku dwie możliwości licytacji. Można najpierw iść na wystawę przedaukcyjną i zobaczyć dzieło na żywo, a potem licytować je przez Internet albo podjąć ryzyko i zdać się na samą reprodukcję dostępną w sieci. Oczywiście, tu bardzo pomaga znajomość twórczości danego artysty, ale można też poprosić dom aukcyjny o podesłanie zdjęcia w dobrej rozdzielczości i opisu pracy. Jednak jeśli kupujemy pracę artysty, którego nie mamy w swojej kolekcji lub którego twórczości nie znamy, jest to trochę ryzykowne działanie. Myślę jednak, że znając trochę rynek sztuki, ryzyko takie można ograniczyć do minimum. Sam kupiłem przez Internet wiele prac, nie widząc ich na żywo. We współczesnym mobilnym świecie aukcje internetowe są bez wątpienia dużym ułatwieniem.

MK: Wiem, że dużo Pan podróżuje. Moje następne pytanie dotyczy obecności polskich artystów na zagranicznych rynkach. Czy polska sztuka jest tam obecna?

KM: Niestety jest bardzo słaba i bardzo fragmentaryczna. W zasadzie można powiedzieć, oczywiście bardzo uogólniając, że zagraniczni kolekcjonerzy nie kupują polskiej sztuki poza Opałką i Szapocznikow. Jednak tych artystów można policzyć na palcach jednej ręki. Z reguły, jeśli na zagranicznym rynku pojawiają się dzieła polskich artystów, to kupują je kolekcjonerzy z Polski, bo ich ceny są trochę niższe niż u nas.

MK: Chciałabym też zahaczyć w naszej rozmowie o kwestie bardziej estetyczne. Czy kiedykolwiek przy zakupie dzieła sztuki kierował się Pan kategoriami czysto inwestycyjnymi? Czytając wcześniejsze Pańskie wywiady, zauważyłam, że aspekt „historyczno – sztuczny”, wizualny, jest dla Pana bardzo ważny, ale czy myślał Pan kiedyś o dziele sztuki w kategoriach czysto biznesowych?

KM: Nie, nigdy nie kieruję się wyłącznie aspektami inwestycyjnymi. Kupuję dzieła sztuki dlatego, że coś mi się podoba, pasuje do mojej kolekcji. Oczywiście względy finansowe są też bardzo ważne. Kilka razy miałem taką sytuację, że praca, którą byłem zainteresowany, nie trafiła do mojej kolekcji, bo uznałem, że jest ona zwyczajnie za droga. Nigdy jednak nie kupiłem nic, myśląc, że coś jest tanie, ale nie podoba mi się itd., ale może kiedyś będę mógł na tym zarobić. Takimi pobudkami nigdy się nie kieruję.

WP: To ja pozostanę jeszcze przy kwestiach “inwestycyjnych”. Czy zetknął się Pan kiedykolwiek z narzędziami wspomagającymi kolekcjonerów jak art banking, fundusze inwestycyjne ukierunkowane na sztukę?

KM: Osobiście nie. Jednak wiem i słyszałem o tych narzędziach, ale nigdy z nich nie korzystałem i nie miałem osobistego kontaktu z ludźmi, którzy się tym zajmują. Wiem, że są osoby czy instytucje, które kupują sztukę przez artbanking czy wealth menagement. Myślę, że jest to jednak typowo inwestycyjne kupowanie i nie ma nic wspólnego z autentycznym kolekcjonowaniem sztuki.


 

fot. Krzysztof Musiał w towarszystwie malarzy z Bali.

z Krzysztofem Musiałem rozmawiały: Sara Kiedroń, Weronika Ptak i Marta Kudelska.

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ