Strona główna » Aktualności » Artykuły » KOLEKCJONERSTWO I RYNEK SZTUKI - KRZYSZTOF MUSIAŁ / Część 2
Fot.ma%c5%82gorzatamiko%c5%82ajczyk1

Dla zainteresowanych kolekcjonerstwem i polskim rynkiem sztuki, jak również dla tych, którzy chcieliby poszerzyć swoją wiedzę na tematy związane z kolekcjonowaniem dzieł sztuki, przygotowaliśmy drugą część rozmowy z Krzysztofem Musiałem. Tym razem Musiał wyrazi swoją opinie między innymi na temat młodej sztuki i młodych artystów, ale nie tylko. Warto więc zapoznać się z drugą częścią rozmowy, którą odbyliśmy z jednym z  najbardziej znanych i posiadających największą kolekcje sztuki kolekcjonerów w Polsce


Marta Kudelska: Może porozmawiajmy trochę o wystawach. Nie tak dawno otworzył Pan wystawę w CSW w Toruniu, ale także tutaj w Krakowie. Jak w przypadku budowania takiej wystawy wygląda relacja kolekcjonera z kuratorem? Są to przecież bardzo indywidualne figury w polu sztuki. Czy interweniował Pan w decyzję kuratora? Sugerował pewne rozwiązania, połączenia pomiędzy pracami?

Krzysztof Musiał: Mam taką zasadę, że nie ingeruję, zostawiam wolną rękę kuratorowi co do wyboru prac i aranżacji samej wystawy. Dla mnie zawsze jest to ciekawe doświadczenie, jak na konkretne dzieła z mojej kolekcji patrzy osoba z zewnątrz. Jeśli sam robiłbym takie wystawy, pewnie wszystkie zawsze wyglądałyby tak samo, albo były bardzo podobnie. W zeszłym roku współpracowałem z hiszpańską kuratorką, która przygotowywała wystawę o sztuce powojennej. Wybór prac, którego dokonała, był totalnie zaskakujący. Mnie osobiście nie wpadłoby do głowy, by pokazać akurat taki zestaw obiektów, jaki ona wybrała. Wielu artystów, o których myślałem w kontekście tej wystawy, na niej się nie znalazło. Pomyślałem, że może to jakieś niedopatrzenie, ale ona mówiła, że oczywiście wie o nich, ale ma swoją wizję wystawy. Z kolei w Toruniu nie było takich zaskoczeń, bo była to o wiele większa wystawa, tu pokazywałem 230 prac, a w Hiszpanii 80.

MK: Chciałabym jeszcze zapytać o jedną kwestię, która pojawia się tu od dłuższego czasu. Mam tu na myśli styk sfery publicznej i prywatnej. Prywatna kolekcja wchodzi do instytucji publicznej. Chciałam zapytać, czy Pańskim zdaniem takie zabiegi, jak pokazywanie własnych kolekcji w instytucjach może wpłynąć na nasze postrzeganie historii sztuki? Czy mogą się tu dokonać pewne przewartościowania?

KM: Na pewno mogą i też coraz częściej pojawiają się takie wystawy w państwowych instytucjach. Pierwszym takim ważnym działaniem była wystawa Olgi Boznańskiej, którą przygotowała Pani Anna Król. Była to wystawa zbudowana z samych prywatnych zbiorów i przez to była ona bardzo odkrywcza, bo pokazała prace, o których często nikt nic nie wiedział. Niedawno otworzyła się też wystawa
Między Montmartre’em a Montparnasse’em. Dzieła artystów z ziem polskich, działających w Paryżu w latach 1900-1939, z kolekcji prywatnych” w Muzeum Śląskim. Jak wskazuje tytuł wystawy, prezentowano na niej dzieła polskich artystów tworzących we Francji, z prywatnych kolekcji. Myślę, że takie zabiegi świetnie uzupełniają zbiory muzealne, dlatego te instytucje bardzo często i chętnie organizują tego rodzaju ekspozycje.

Sara Kiedroń: Przyszło mi do głowy jeszcze jedno pytanie. Nawiązując trochę do tego, o czym rozmawialiśmy na początku, czyli do przemian na rynku sztuki. Czy ma Pan jakieś wyobrażenie, jak rynek sztuki będzie się zmieniał w kolejnych latach? Czy można wskazać jakiś punkt, do którego dąży?

KM: Powinien dążyć do rynku zachodniego – bardziej się do niego upodobnić. Największa różnica polega tutaj na cenach. Nasze ceny są niewspółmiernie niskie, patrząc na sztukę zachodnią. I one nie są zaniżane, one są po prostu niskie. Wynika to też stąd, że odbiorcami polskiej sztuki są Polacy i mamy wciąż bardziej ograniczone możliwości finansowe w porównaniu z Niemcami, Francuzami, czy Amerykanami. Albo polska sztuka będzie przez nich kupowana, albo my zaczniemy więcej zarabiać i wtedy te ceny automatycznie skoczą w górę. Jeden z tych czynników musi być spełniony, by dokonała się kolejna zmiana na polskim rynku sztuki. Na razie jednak zainteresowanie polską sztuką poza granicami Polski jest bardzo małe, także ze względów politycznych. Taka jest sytuacja i możliwe, że nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, ale to, co się dzieje u nas w kraju, bardzo negatywnie wpływa na recepcję naszych artystów. Podam przykład znajomej z Wiednia, którą poproszono o zarekomendowanie tamtejszej galerii jakichś zdolnych artystów z Europy Wschodniej. Gdy poleciła młodego polskiego artystę, usłyszała, że tamtejsza galeria Polaków sobie nie życzy. Jak mamy w takiej sytuacji promować naszą sztukę, kiedy Europa chce nakładać na nas sankcje i gdy mamy tam bardzo złą prasę?

SK: Bardzo ciekawym tematem do rozmowy o rynku sztuki są młodzi artyści. Jak Pan definiuję młodą sztukę? Czy jest nią to, co domy aukcyjne sprzedają jako młodą sztukę? Czy może artyści w obiegu bardziej galeryjnym, tacy, którzy dopiero zaczynają, albo mają już ugruntowaną pozycję w instytucjach publicznych?

KM: Od dłuższego czasu interesuje mnie właśnie młoda sztuka. Staram się szukać i znajdować artystów młodego pokolenia, ale nie tych, których nazwiska widzi się wszędzie. Chodzi mi o naprawdę nowe talenty, których jest sporo, ale trzeba odrobinę wysiłku, by do nich dotrzeć. Odpowiadając na Pani pytanie, myślę, że ta młoda sztuka to po trochu wszystko to, co Pani wymieniła. Domy aukcyjne wystawiają ich prace często za 500 lub 1000 złotych. Nie wszyscy artyści są gotowi na takie ryzyko, jakim jest aukcja sztuki. Ja zawsze młodych twórców do tego zachęcam i uważam, że powinni zmierzyć się z rynkiem. Nie można się też załamywać, jeżeli coś się nie sprzeda i trzeba to wystawić po raz kolejny. Wielu artystów zaczynało w ten sposób i na takich aukcjach zostali zauważeni przez jakąś galerię i dzięki temu zrobili następny krok. Wielu absolwentów, studentów uczelni artystycznych nie wie co robić ze swoją twórczością, dlatego te aukcje, ten mechanizm umożliwia im wejście na  rynek. Sam staram się szukać takich, którzy są jeszcze na wolnym rynku, nie ma ich w żadnej galerii, ale mają ciekawą twórczość. Wspomnę tu choćby o Juli Cybis, Wiktorze Dyndo, Pawle Kałużyńskim, Rafale Wilku, czy Antku Starowieyskim.

SK: Bardzo ciekawym jest to, co Pan mówi, ponieważ pozostaje w kontrze do tego, co uważają komentatorzy, którzy bardzo krytykują aukcje młodej sztuki.

KM: Ja nie, bo jak mówię, uważam, że jest to jedyny mechanizm pozwalający młodym twórcom zmierzyć się z rynkiem.

Weronika Ptak: Tu jest też kwestia edukacji i tego, jak artyści w szkole są uczeni w budowaniu swojego portfolio i ubiegania się o miejsce w galerii.

KM: Mam pewne wątpliwości co do tych galerii. Oczywiście wykonują bardzo często świetną pracę. Zajmują się artystami, robią im wystawy, zabierają na targi, wydają im jakieś mini katalogi. Jest w tym oczywiście coś pozytywnego, ale są też miejsca, które kładą przysłowiową łapę na takim artyście. Mówią mu, że ma robić to i tamto. Te miejsca też bardzo często windują ceny. Nagle ktoś, kto sprzedawał swoje prace po tysiąc lub 2 tysiące złotych, sprzedaje je przez galerię za 10 -15 tysięcy złotych. Dobrze, tylko będzie, gdy skończą się kupcy? Taka osoba zostanie z ustaloną ceną rynkową, powiedzmy 10 tysięcy, ale nie będzie miała z czego żyć, bo przecież nie wypada nagle drastycznie obniżyć swoich cen. A dla galerii problem będzie mniejszy, bo znajdzie sobie kolejnego młodego artystę,  którego będzie lansować. Z tego powodu coraz częściej słyszę o artystach, którzy sami opuszczają galerie, do których jeszcze niedawno tak bardzo chcieli się dostać.

 

fot. materiały prasowe. Krzysztof Musiał, fot. Małgorzata Mikołajczyk

z Krzysztofem Musiałem rozmawiały: Sara Kiedroń, Weronika Ptak i Marta Kudelska.

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ