Strona główna » Aktualności » Artykuły » Przemiany polskiego rynku sztuki - Konstanty Węgrzyn/część 2
Konstanty wegrzyn

Sara Kiedroń: Panie Konstanty nawiązując do naszej poprzedniej rozmowy, czy uważa Pan, że paradoksalnie kiedyś kultura kolekcjonowania, czy chęci posiadania dzieł sztuki była wyższa niż obecnie?

Konstanty Węgrzyn: Z całą pewnością. Kiedyś osoby prywatne nie kupowały obrazu tylko dla samego prestiżu posiadania, tylko kupowały dla samych siebie. To jest bardzo duża różnica. Oni po prostu chcieli mieć te obrazy. Natomiast od mniej więcej 1990 roku zauważyłem, że bogacące się mieszczaństwo musi robić wiele rzeczy na pokaz. Wcześniej bardzo dużo obrazów sprzedawaliśmy na zasadzie, że ktoś zobaczył coś u znajomego, np. Chełmońskiego no i oczywiście następnego dnia był już taki człowiek u mnie w salonie, że też chce coś takiego. W latach 90 XX wieku miał też miejsce ogromny handel meblami. Przez pierwsze 3-4 lata sprzedawaliśmy więcej mebli niż obrazów. Teraz nikt mi nie chce w to wierzyć. Ale tak to wyglądało, bo wówczas bogacąca się klasa średnia urządzała swoje nowe mieszkania, domy. Było bardzo duże zapotrzebowanie na tzw. złote komplety z XIX wieku. I to one szły jak woda. Kupowano je przeważnie do takich saloników Pani Domu, gdzie tylko kobiety miały wstęp. Mężczyźni nawet tam nie mieli wstępu, bo nawet jakby siedli na tych krzesełkach, mogłoby się to dla nich skończyć wywrotką. Dużą popularnością cieszyły się też meble barokowe, ale także meble angielskie, francuskie, austriackie, lub ich kopie robione w Polsce. Musimy pamiętać, że w XIX wieku, zwłaszcza w 2 połowie, kopiowano te meble na potęgę, bez żadnych obaw, bo nie istniało coś takiego jak prawo autorskie. Tak jak wspominałem w latach 90 XX wieku, sprzedawały się głównie meble, teraz w ogóle nie wchodzi w rachubę sprzedanie czegoś takiego.

Weronika Ptak: Nawiązując do Pana historii o obrazie Chełmońskiego, zastanawia mnie, jak bardzo zmieniły się metody promocji. Wiele domów aukcyjnych w tym momencie kładzie duży nacisk na reklamę i PR, czy kiedyś wystarczyło sprzedać dzieło znanego artysty odpowiedniemu przedsiębiorcy?

Konstanty Węgrzyn: W danym mieście, w danej branży, oczywiście, bo Ci ludzie chwalili się swoimi nabytkami i to już szło samo. Mógłbym opowiedzieć bardzo dużo anegdot o tych osobach, które ode mnie kupowały. Był np. taki jeden Pan z Tarnowa, przedsiębiorca, kupił ode mnie akt. Następnego dnia przyjechał inny Pan, że on też koniecznie chce mieć akt. To mu odpowiadam, że już nie mamy, mieliśmy faktycznie, ale sprzedaliśmy. Jednak jemu bardzo zależy a tutaj jest taki jeden obraz z pół nagą kobietą. Tłumaczę mu, że to jest św. Magdalena, płótno XIX-wiecznego bardzo dobrego krakowskiego malarza. A on, że bierze i koniec. „A kto by u nas poznał czy to święta, czy nie!”. Wtedy po prostu był pęd do kupowania obrazów.

Weronika Ptak: Jak właściwie dochodziło do tego, że ktoś chciał nabyć jakąś konkretną tematykę jak akt czy batalistykę. To była bardziej moda czy...?

Konstanty Węgrzyn: Moda polega na tym, że piszę o czymś prasa, telewizja to pokazuje. A to, co działo się z początkiem lat 90. XX wieku, to było coś zupełnie innego. Wtedy dopiero startowały domy aukcyjne. Pomagałem organizować dom aukcyjny Polswiss wraz z małżonką właściciela tej firmy – Panem Piotrem Puchnerem. Pierwszą aukcję, jaką przygotowałem, wszystkie obrazy, które się na niej znalazły, pochodziły z naszego salonu. No, ale tak jak wspominałem w takich specyficznych warunkach tworzył się ten snobizm zakupów. Klasa średnia miała coraz więcej pieniędzy, a muzea coraz mniej.

Sara Kiedroń: Proszę jeszcze powiedzieć, odnośnie do tego wcześniejszego okresu, czyli gospodarki centralnie planowanej, czy wtedy może Pan powiedzieć, że występowały jakieś szczególne trendy, moda na sztukę dawną czy współczesną, bo widać co się dzieje teraz.

Konstanty Węgrzyn: Absolutnie dominowała sztuka dawna. Obraz Holendra na desce był wymarzonych zakupem. Malarstwo niemieckie, francuskie, angielskie, austriackie, zwłaszcza XVII, XVIII wiek, ale zwłaszcza Holendrzy XVI, XVII. Oczywiście anonimowe, nie te z najwyższej półki, tylko to, co Holendrzy w wielkich wozach rozwozili po Europie Wschodniej, co malowali uczniowie mistrzów holenderskich; ale to były bardzo dobre obrazy, oryginalne. Oczywiście niesygnowane, mieliśmy sygnowane tylko jeden, albo dwa. Na jakichś około 50 takich, te były najbardziej poszukiwane. Ale po 90 roku nastąpiło odwrócenie, ludzie przestali się interesować zupełnie sztuką obcą i zaczęło się do dzisiaj trwające zainteresowanie sztuką polską. Zarówno tą XIX, a później XX- wieczną.

Sara Kiedroń: To niesamowicie ciekawe, bo z mojego doświadczenia galeryjnego wynika, że te obrazy, o których Pan mówi, były właściwie niesprzedawane kilka lat temu. Biorąc też pod uwagę to, co się dzieje na rynku aukcyjnym, że rzeczywiście promuje się bardzo sztukę współczesną, ciekawi mnie skąd się bierze zainteresowanie polską i tylko polską sztuką? Ciężko właściwie sprzedać coś obcego w tym momencie.

Konstanty Węgrzyn: Sprzedanie obrazu z innego kręgu niż polski, jest nawet trudniejsze niż ciężkie. Po prostu nie ma na to zapotrzebowania na rynku albo jest bardzo niewielkie. Czasem coś kupują muzea, ale tylko wtedy, gdy jest to jakiś wybitny obraz. Kiedyś Wawel nam wspominał, że chciałby mieć Tadeusza Kuntze, czyli Taddeo Pollacco. Szukaliśmy takiego obrazu pół roku albo może nawet dłużej. W końcu udało się znaleźć taki w Rzymie, ale nie o tematyce religijnej, ale mitologicznej. Wawel oczywiście zakupił ten obraz. Jest niestety cała masa anonimowych obrazów i one na aukcjach sprzedają się bardzo kiepsko albo w ogóle. Takimi obrazami, dawnymi, niesygnowanymi, nieznanych artystów, nikt sobie nie zawraca głowy. Wszyscy chcą obrazy polskich malarzy albo interesuje ich okres międzywojnia, lub już sztuka najnowsza. Czasem zdarzają się takie sztucznie wylansowane kierunki, które w ogóle na to nie zasługują. Takim przykładem jest École de Paris. Kilka osób kupiło setki tych obrazów to za niewielkie pieniądze. Później Warszawa wylansowała modę na to malarstwo, które jest bardzo średnie, ale stworzono do tego piękną nazwę École de Paris, która pięknie brzmi dla mieszczańskiego ucha. Tylko nikt nie mówi, czym w ogóle ta sztuka była. Nie wspomina się, że byli to najczęściej młodzi artyści z Litwy, Białorusi, Rosji, Czechosłowacji, Węgier, Polski, jeździli oni do Francji i malowali tam jakieś popłuczyny po postimpresjonizmie i sprzedawali Amerykanom, albo turystom. Widziałem bardzo dużo takich obrazów, gdy podróżowałem do Francji. Tam wszystko, co określa się École de Paris było traktowane jako sztuka czysto dekoracyjna – sprzedawana w granicach 50 do 100 dolarów. Musimy tu pamiętać, że do tego nurtu absolutnie nie możemy dodawać Pankiewicza, czy uczniów z jego kręgu : ani Boznańskiej, Makowskiego, Ślewińskiego. To byli wybitni artyści, którzy mieli własną drogę, częściowo związaną z Francją.

 

 

fot, materiały prasowe

Rozmawiały : Sara Kiedroń i Weronika Ptak

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ