Strona główna » Aktualności » Artykuły » Wielka Pacyficzna Plama Śmieci / Rozmowa z Dianą Lelonek
Img 5510

Diana Lelonek jest absolwentką Wydziału Komunikacji Multimedialnej Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, obecnie studentką Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na poznańskiej uczelni. Podstawą jej twórczości jest fotografia, którą łączy z innymi mediami. Interesują ją działania z pogranicza bioartu.

 

Weronika Ptak: Na wstępie chciałam Ci pogratulować zwycięstwa w konkursie Fundacji Vordemberga-Gildewarta. Wiem, że nie jest to Twój pierwszy konkurs – z powodzeniem brałaś udział chociażby w Show Offie Miesiąca Fotografii oraz w Project Roomie. Czy warto brać udział w konkursach?

Diana Lelonek: Konkursy mogą być przydatne. Co prawda, niezbyt często zdarzało mi się samej aplikować, sporo było w moim życiu konkursów na które nie zaaplikowałam bo nie zdążyłam z deadlinem (śmiech). Mam natomiast większe doświadczenie z konkursami zagranicznymi jak ReGeneration 3 organizowanym przez Musée de l'Elysée w Lozanie (2015), gdzie nagrodą była wystawa, która do tej pory jeździ po całym świecie. Miałam również przyjemność sprzedać swoją pracę do kolekcji tego muzeum i właśnie ten fakt jest pewnego rodzaju konsekwencją mojego udziału w tym szwajcarskim konkursie. Zresztą podobną sytuację miałam podczas swojego udziału w Project Roomie, kiedy to Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski kupił po jednej pracy od każdego artysty biorącego udział w projekcie. Wydaje się, że konkursy mają jakąś wartość - nawet jak się ich nie wygra, to przynajmniej poszerzają pole naszej widzialności, pozwalają na bycie dostrzeżonym. Zwłaszcza w moim przypadku ShowOFF, Grand Prix w Łodzi oraz konkurs Fundacji Vordemberge-Gildewart, które są konkursami o randze międzynarodowej, gdzie zarówno artyści jak i jury jest z różnych krajów. Z drugiej strony trzeba też uważać, żeby nie popaść “konkursozę” bo podporządkowanie się wyłącznie deadlineom zdecydowanie odbiera spokój twórczy. Powiem tak, konkursy - stosować ale ze świadomością tego, że jest to system oparty jednak na bardzo kapitalistycznych wzorcach - konkurencji, rywalizacji. Ostatnio w ramach międzynarodowego przeglądu portfolio, w którym uczestniczyłam, każdy z uczestników (ale też recenzentów: kuratorów, galerzystów) miał w skompresowany do 4 minut sposób i za pomocą maksymalnie 20 slajdów opowiedzieć o tym czym się zajmuje. Skończyło się tak, że praktycznie nikt się w tym czasie nie mieścił, w pewnym momencie wszyscy zaczęli się trochę z tego śmiać i przynajmniej było zabawnie. Widać było, że ludzie mają z tym problem i widzą, że taka formuła może sprawdzić się w korporacji ale może niekoniecznie w wypadku opowiadania o projekcie artystycznym. Organizatorzy tego przeglądu portfolio dokonali jednak ciekawego przesunięcia, ponieważ zazwyczaj na takich przeglądach to artyści niejako starają się dostać do wybranego recenzenta. Tutaj zaburzono tę hierarchię i każda z osób recenzenci i uczestnicy wybierali tę osobę, z którą najbardziej chcieliby się spotkać. Burzyło to poczucie sytuacji (z jaką zazwyczaj mamy do czynienia) gdzie to artysta stara się o bycie dostrzeżonym, spina się i pręży aby jak najlepiej się zaprezentować, w zamian dając sytuacje relacji horyzontalnej.

 

WP: Pozostając w temacie młodych artystów. Czy młodzi twórcy kończący akademie są przygotowani do wejścia na rynek sztuki?

DL: Wydaje mi się że uczelnie artystyczne raczej nie mają wykładów, czy też warsztatów które mówią na temat rynku sztuki cokolwiek. Ja miałam w zeszłym roku przyjemność prowadzić takie zajęcia dla artystów kończących akademię w Poznaniu. Mimo, że trafiłam na super grupę to praktycznie nikt z nich nie wiedział co to znaczy sygnowanie fotografii, jakie są standardy fotografii kolekcjonerskiej, dlaczego powinno drukować się na papierze archiwalnym, co to jest edycja. Z drugiej strony mówiąc o tym dobrze jest też od razu podejmować krytyczną refleksję na temat rynku sztuki - np. klasyczne zasady fotografii kolekcjonerskiej niekoniecznie przystają do fotografii w dobie cyfrowej, gdzie każdy obraz jesteśmy w stanie kopiować nieskończoną ilość razy - ciekawie jest też zastanawiać się nad możliwościami alternatyw wobec obecnego systemu sygnowania, edycji itd. Jednak problemem dla młodych artystów często jest również stworzenie portfolio, czy opisanie w paru zdaniach własnego projektu. Wydaje mi się że kwestie związane z tym jak radzić sobie po wyjściu z uczelni są mocno zaniedbane w artystycznym system edukacji. W Londynie na uczelniach jest tak, że na obronę dyplomów przychodzą wszyscy najważniejsi galerzyści i kuratorzy. Na mojej uczelni raczej nie zapraszało się ludzi z instytucji na obrony. Dlatego zawsze namawiam moich studentów żeby szukali alternatyw. W Poznaniu było wiele galerii, które wywodziły się z różnego rodzaju inicjatyw studenckich, które później przerodziły się w bardzo ważne rzeczy. Galeria Stereo i Dawid Radziszewski o których mówię są w tym momencie jednymi z najistotniejszych galerii w Polsce.

 

WP: Twój projekt Center for the Living Things, który zapewnił Ci stypendium Fundacji Vordemberge-Gildewart jest dość szalonym pomysłem. Czy nadajesz niechcianym, wyrzuconym rzeczą nowe życie?

DL: Ja nic im nie nadaję, one same sobie dają nowe życie. Ja je tylko wyciągam z wysypisk. Cały projekt opiera się na dużym researchu, a te przedmioty, które są jego wynikiem, nawiązują do obiektów oglądanych w muzeach biologii oraz historii naturalnej. Moje obiekty też są w pewnym sensie takimi “okazami”, które obrazują pewne procesy. Te procesy zachodzą w naturze na co dzień, jednak są dla nas niewidoczne, bo kiedy już coś wyrzucimy to ta funkcja użytkowa danego przedmiotu się dla nas kończy. Przedmiot się kończy, znika, wypieramy go całkiem z naszego życia. Natomiast wszyscy wiemy, że równocześnie mamy totalną nadprodukcję wszystkiego. Popatrz na moją szklankę! Po co oni dali mi dwie słomki, jak ja nie potrzebuje żadnej?! Przecież to jest absurdalne. Ta nadprodukcja doprowadziła do tego, że nie jesteśmy w stanie recyklingować wszystkiego. Przecież 70% odpadów elektronicznych z Unii Europejskiej jest wywożona do Afryki i Azji. Natomiast Polska, która ma luki prawne jeśli chodzi o regulacje w obszarze śmieci, stała się wysypiskiem Zachodniej Europy. Niedawne pożary o których było tak głośno spowodowane były tym, że w ten sposób łatwiej i szybciej jest pozbyć odpadów i zrobić miejsce na nowe. Projekt Center for the Living Things jest właśnie skupiony wokół nielegalnych wysypisk, które zalegają w rowach i lasach. Powstał on z refleksji, że przez ten nadmiar rzeczy zaczęły wchodzić w różne role, jak plastikowe skamieliny udające skały. Albo wyspy, jak Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, która jest niemalże nowym kontynentem. Nie wiem dlaczego nie ma jej na Google Maps, pisałam do nich parę razy w tej sprawie, ale udało mi się tylko zhakować street view na śmieciowej plaży. Projekt Center for the Living Things również można znaleźć na Google Maps - zawsze gdy widzę gdzieś nielegalne wysypiska to robię street view 360 i wrzucam na Google, bo ludzie zawsze wrzucają piękne widoki, a ja wrzucam ten prawdziwy świat. Jak kiedyś uda mi się dotrzeć na śmieciową wyspę to też wrzucę (śmiech). Same obiekty, które wyciągam z tych rowów i krzaków są już przejęte przez naturę. Dlatego też założyłam Instytut żeby kolekcjonować te przedmioty, szukać im nowych form klasyfikacji, ponieważ nie można opisać ich jako zwykłe rośliny, są one raczej pewnego rodzaju hybrydami. Te przedmioty przestają być przedmiotami, a stają się środowiskiem życia dla różnego rodzaju mchów, roślin, owadów. Małym ekosystemem. Dlatego Center for the Living Things oprócz obiegu galeryjnego funkcjonuje również w poznańskim Ogrodzie Botanicznym, gdzie dostępny jest dla ludzi także w formie czysto edukacyjnej. Bardzo istotną częścią projektu są też spacery i warsztaty organizowane dla ludzi spoza obszaru sztuki. Fakt, że szklarnia z tymi “okazami” znajduje się w ogrodzie jest dla mnie bardzo ważny. Jeśli wpiszesz w wyszukiwarkę Center for the Living Things to na Google Maps pojawi się pinezka zaznaczająca Muzeum na terenie Ogrodu Botanicznego. Jestem niesamowicie wdzięczna całemu zespołowi Ogrodu za pomoc przy tym projekcie!

 

WP: Twoje fotografie funkcją już na rynku sztuki zarówno aukcyjnym i galeryjnym dlatego nie będę o nie pytać. Ciekawi mnie natomiast jak wygląda to w przypadku obiektu i bioartu?

DL: Rzeczywiście jeśli chodzi o moją fotografię to funkcjonuję ona jakiś czas na rynku sztuki, pojawia się na aukcjach i w galeriach, radzi sobie naprawdę całkiem nieźle. Natomiast co jest ciekawe w przypadku bioartu, te przedmioty na co dzień żyją w szklarni, na zewnątrz - powiedziałam kiedyś kolekcjonerowi zainteresowanemu kupnem,, że jest to trochę forma rzeźby ogrodowej o którą należy dbać zgodnie z dołączoną instrukcją opieki. Forma która się rozwija, jest w procesie, jest to taki obiekt który ma swoją podmiotowość i siłę sprawczą, kto wie ... Z drugiej strony obiekty funkcjonują również w przestrzeniach galeryjnych, dlatego opracowałam wraz z programistą i botanikiem specjalne gabloty, które utrzymują odpowiednie warunki dla tych mikro ekosystemów. Ostatnio, ku mojemu zdziwieniu, spotkałam osoby, które są bardzo zainteresowane kupnem tych właśnie gablot, które są takimi zamkniętymi ekosystemami, do swoich kolekcji.

 

WP: Bardzo dziękuję Ci za rozmowę, powiedz jeszcze na co planujesz przeznaczyć nagrodę?

DL: Pojadę na wakację na Wielką Pacyficzną Plamę Śmieci!

 

             

Diana Lelonek, Center for Living Things, 2016–2018, instalacja, 100 × 120 × 80 cm, courtesy D. Lelonek, fot. R. Sosin

 

 

fot. Weronika Ptak / Diana Lelonek w MOCAK-u

Weronika Ptak

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ