Strona główna » Aktualności » Artykuły » Przemiany polskiego rynku sztuki - Konstanty Węgrzyn/część 1
Zdjecie2

Pierwszy Dyrektor Cricoteki, Dyrektor Departamentu Plastyki w Ministerstwie Kultury, Dyrektor krakowskiego oddziału DESY, założyciel Salonu Connaisseur – Konstanty Węgrzyn w nowej serii rozmów Numarte o rynku sztuki.


Sara Kiedroń: Jakie jest Pana doświadczenie na rynku sztuki? 

Konstanty Węgrzyn: Przede wszystkim 8 lat na stanowisku dyrektora oddziału DESY w Krakowie. Przypominam, że DESA miała wtedy pozycję monopolisty, a jej działalność obejmowała całą Polskę południową. Państwo mocno trzymało rękę nad rynkiem sztuki, a przyjmowanie towarów w salonie zawsze kończyło się tym, że wszystko, co interesujące musiało być pokazane konserwatorom. I co drugi, co trzeci dzień specjaliści działu Konserwacji Zabytków Urzędu Miasta przychodzili i sprawdzali. Wystarczyło, że obiekt był rangi muzealnej, niekoniecznie bardzo cenny, tylko już związany z profilem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, Salon dostawał polecenie poinformowania muzeum o takim obiekcie. Natomiast sztuka współczesna była sprzedawana, oprócz DESY, w skali ogólnopolskiej również przez spółdzielnie artystów, Związek Polskich Artystów Plastyków i przez Pracownie Sztuk Plastycznych. Generalnie sztuka współczesna też była objęta w jakimś sensie monopolem Państwa. Ten monopol potem zelżał - zwłaszcza po stanie wojennym, ale już po Dekrecie Mazowieckiego większość kolegów - tych poważnych, którzy pracowali w oddziałach DESY w całej Polsce - zakładała antykwariaty. Na tym to polegało. Jeżeli do tego doświadczenia dodam, że w już w roku 1990 założyłem tu w Krakowie Salon Connaisseur, proszę zsumować to doświadczenie. Do tego wszystkiego dodać kilkanaście lat współpracy z Tadeuszem Kantorem - byłem pierwszym dyrektorem Cricoteki, zakładałem ją, zdobyłem lokal, pozyskałem pieniądze na działalność. Również do tego doświadczenia mogę dodać 4 lata na stanowisku Dyrektora Departamentu Plastyki w Ministerstwie Kultury, gdyż, zajmowałem się rynkiem sztuki współczesnym. Wojowaliśmy, walczyliśmy wraz ze  Związkiem Polskich Artystów Plastyków o warunki, zwłaszcza o tak zwany cennik i o nowe placówki sprzedaży dzieł sztuki współczesnej.

Sara Kiedroń: Jak właściwie znalazł się Pan w DESIE. Wiemy, że zaczynał Pan od Ministerstwa i jak to się stało, że został Pan skierowany do tego oddziału?

Konstanty Węgrzyn: Po prostu ja nigdy nie przeprowadziłem się do Warszawy. Przed Ministerstwem byłem Dyrektorem Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie na ul. Basztowej. Oczywiście pracując w dzielnicowej radzie, czy wojewódzkiej radzie, cały czas bardzo ściśle współpracowałem ze środowiskiem plastyków. Nie tylko ze środowiskiem krakowskim, ale też zakopiańskim i tarnowskim. W mniejszym miastach to już nie wymieniam, ale to dwa główne ośrodki, którymi się opiekowałem. Na przykład dla Muzeum w Tarnowie skompletowałem z zakupów Wojewódzkiego Wydziału Kultury kolekcję kilkudziesięciu, około 50-60, obrazów artystów Grupy Krakowskiej dla kolekcji Muzeum Okręgowego w Tarnowie. 

Weronika Ptak: To dosyć poważna kolekcja, skąd stosunkowo niewielkie Muzea miały na to fundusze? 

Konstanty Węgrzyn: Trzeba przyznać, że ze wstydem dla dzisiejszych czasów, muzea miały wtedy bardzo dużo pieniędzy, żadnej biurokracji. Przede wszystkim o zakupie decydował Dyrektor i Rada Muzealna, a teraz o jakikolwiek większy zakup trzeba występować do Ministerstwa, gdzie "niewiadomi" specjaliści decydują, czy ten obraz kupić, czy nie. Dla mnie to nie tylko centralizacja, ale też absolutny brak zaufania do ludzi, którzy zostali powołani na stanowisko. Mówię tym bardziej że wszystkie poważniejsze zakupy muzea rozpatrywały na posiedzeniach swoich rad muzealnych, gdzie zasiadało większe grono historyków sztuki i fachowców, również konserwatorów na przykład. Muzea kupowały wtedy ogromne ilości dzieł. W czasach, kiedy pracowałem w DESIE, muzea dostawały tyle pieniędzy ile potrzebowały. Miały budżet, ale też władze, które dbały o kolekcję - znakomitym przykładem jest Muzeum w Radomiu. Działał tam znakomity dyrektor Tomasz Palacz oraz kuratorka Katarzyna Posiadała, którzy kupowali u nas wybitne obrazy Jacka Malczewskiego, bo Muzeum w Radomiu to jest Muzeum Jacka Malczewskiego. Z kolei w Muzeum Świętokrzyskim w Kielcach dyrektor Alojzy Oborny, który w ogóle stworzył tam kolekcje malarstwa współczesnego. Kiedy pewnego razu zadzwoniłem, że mamy bardzo piękną scenę Zaka to od razu powiedział „jestem o 8 rano”. Zobaczył obraz i od razu mówi ,,proszę pakować, biorę”. Jeśli nie mieli pieniędzy w tym kwartale to płacili w następnym. Nie było absolutnie żadnego problemu. Wiem z doświadczenia Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady, ile muzea, nawet te maleńkie, czy w Tarnowie, czy w Zakopanem, ile potrzebowało pieniędzy to tyle dostawało na zakupy. Zakup 50, 60 obrazów, dokonywałem osobiście wraz z Panią docent Heleną Blum, słynną w Krakowie, ona była moim doradcą. Ona mnie uczyła a miała oko fantastyczne. No, a proszę sobie wyobrazić, że teraz ktoś chciałby kupić 50, 60 obrazów!

Weronika Ptak: Można powiedzieć, że w tamtych czasach głównym klientem DESY były muzea?

Konstanty Węgrzyn: Oczywiście, że tak. Według statystyk 1/3 naszego obrotu w oddziale w Krakowie to były muzea. Zresztą kładłem specjalny nacisk, aby wszystko, co potencjalnie ma charakter muzealny, było przesyłane do odpowiednich instytucji.

Weronika Ptak: Przypomina to trochę obecne prawo pierwokupu? 

Konstanty Węgrzyn: Tak. Raz znaleźliśmy piękną grafikę "pary krakowskiej", ale wydanie francuskie i zaproponowaliśmy, aby tę wysłać do Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, ale oni odpisali, że nie mają pieniędzy. Co było tak śmieszne, bo to była kwota na obecne pieniądze około 200 - 300 złotych. Nie wiem, dlaczego tak, bo takiej grafiki nie posiadali.

Weronika Ptak: Jakie były dalsze losy tej grafiki ? 

Konstanty Węgrzyn: Posłałem ją jako dar naszej firmy na ręce Prezydenta Miasta Krakowa Lasoty i on przekazał ją koniec końców do muzeum. Chodziło o to, że miasto nie chciało dać mu pieniędzy dla muzeum. Po takim numerze trochę się zawstydzili i potem muzeum dostawało już pieniądze, nie tylko na drobiazgi, ale i na wybitne rzeczy. Czasem tak trzeba. 

Weronika Ptak: A jak wyglądała kwestia klientów indywidualnych?

Konstanty Węgrzyn: Co do klientów indywidualnych, trzeba powiedzieć, że to były trzy grupy. Po pierwsze to była tak zwana prywatna inicjatywa. To byli ludzie, którzy mieli taką czy inną produkcję. Najlepsi byli wytwórcy pieców CO. To były takie piece żeliwne, dosyć prymitywne, ale to było 40, 50 lat temu, trzeba im wybaczyć. Oni mieli bardzo dużo pieniędzy, bo sprzedawali nie wszystko przez rachunek, więc to byli absolutnie najlepsi klienci. Druga grupa to byli Polacy zamieszkali za granicą, którzy mając tutaj dolary, kupowali wybitne rzeczy. Jeden taki sportowiec, tenisista kupował tutaj wybitne obrazy, też Jacka Malczewskiego, tyle mogę zdradzić. Druga taka grupa to inteligencja, zwykle to byli pracownicy naukowi uczelni technicznych, ale również UJ. Mieli bardzo dobry i mądry zwyczaj, pielęgnowany jeszcze przed wojną, że jak napisali książkę lub mieli jakiś większy dopływ gotówki, musieli to uczcić zakupem jakiegoś dobrego obrazu. Trzecia to była grupa tzn. klientów okresowych, np. właściciele sadu sandomierskiego, to była wspaniała grupa, bo oni przyjeżdżali wrzesień, październik, mieli reklamówki pełne gotówki i mówili ,,pani, tutaj coś proszę dla żony jakieś kwiatki, dla mnie jakieś koniki, no i coś jeszcze” No więc  szukaliśmy, kompletowaliśmy, itd. Była też mała grupa kolekcjonerów, która ciułała pieniądze na różne sposoby i na przykład kolekcjonowała grafikę. Pierwsze aukcje, jakie robiliśmy to były aukcje grafiki. No bo to było tańsze. A nazwiska w Krakowie były znakomite, to się wiązało oczywiście z Biennale grafiki, które w Krakowie powstało oraz ogóle z rozwojem środowiska po ’55 roku. 

Weronika Ptak: Jak wyglądały kiedyś struktury DESY, jak były one budowane? 

Sara Kiedroń: Dodam do tego pytanie czy poza tym obiegiem centralnym, jak funkcjonował obrót galeryjny? Czy w ogóle funkcjonował i ile procent rynku skupiał? Mówi Pan, że DESA była oczywiście podmiotem centralnym? 

Konstanty Węgrzyn: Struktura była bardzo prosta, bo była dyrekcja naczelna - stosunkowa niewielka i była dyrekcja Kraków, Polska południowa, Śląsk z Wrocławiem, Wybrzeże i oczywiście Oddział Warszawa. Desa podlegała Ministerstwu Kultury i Departamentowi Muzeów i Ochrony Zabytków.

Weronika Ptak: Wspominał Pan, że dzieła zazwyczaj przychodził oglądać konserwator, czy to oznacza, że nie było de facto pozycji rzeczoznawcy w strukturze? 

Konstanty Węgrzyn: Oczywiście, że mieliśmy własnych rzeczoznawców, ale tego nie można porównać do obecnych czasów. Wiedza o sztuce szalenie się rozrosła i zmierza do tego, co jest na Zachodzie, że rzeczoznawcy są albo od konkretnego artysty, np. Modiglianiego, albo od jakiejś grupy, danych kierunków w sztuce i koniec. Kiedy objąłem stanowisko w DESIE, stwierdziłem, że panie, które są rzeczoznawcami znają się na wszystkim - na malarstwie współczesnym, na cynie z XVIII wieku, na porcelanie z XIX, na meblach, na obrazach z malarstwa obcego, Polskiego. To była w zasadzie taka wiedza praktyczna. W tej chwili piszemy poważne ekspertyzy, sprawozdania, czasem trwają spory o artystę. Obecnie nie ma porównania do tamtych czasów, bo wtedy wiedza o sztuce była bardzo zalążkowa. Mówię to również o muzealnikach i o osobach zajmujących się konserwacją zabytków. Oczywiście, jeżeli coś było wybitnego, to te panie wychwytywały, ale jak na czymś się nie znały, to był problem. Nie można też powiedzieć, że wszyscy pracownicy robili wszystko, żeby sprzedać obiekt do muzeum z prostego powodu -  rynek prywatny był natychmiastowy. Muzea to było oczekiwanie na decyzję, czasem tydzień, tydzień, miesiąc, a aktualnie pół roku, albo rok. Jedno z muzeów chce u nas kupić znakomity obraz Wyczóła ,,Limba Tatrzańska” i nie może podjąć żadnych decyzji, bo musi wcześniej złożyć wniosek do ministerstwa, musi przyjść decyzja, co trwa kwartał. A klient prywatny przychodzi, dokonuje natychmiastowej płatności i dzieło jest jego.

fot.materiały prasowe

rozmawiały: Sara Kiedroń i Weronika Ptak

INNI CZYTALI RÓWNIEŻ