Falsyfikaty na rynku sztuki - rozmowa z Jackiem Cybisem i Aleksandrem Miklaszewskim / część pierwsza
W ostatnich latach polski rynek sztuki rozwija się dynamicznie - zwiększają się obroty aukcyjne, rośnie ilość dostępnych w sprzedaży dzieł sztuki, padają nowe rekordy cenowe. To niesie za sobą nie tylko wzmożone zainteresowanie kolekcjonerów, ale także, niestety, nasilenie problemów, które od dawna nękają rynek sztuki. Wraz ze wzrostem zainteresowania dziełami sztuki w Polsce, zwiększa się też ilość falsyfikatów w obiegu. O skali i złożoności problemu, mechanizmach jego zwalczania oraz zagadnieniach systemowych i prawnych rozmawiamy z doktorem Jackiem Cybisem, opiekunem spuścizny po Janie Cybisie - oraz z Aleksandrem Miklaszewskim, który zajmuje się spuścizną po Arturze Nachcie-Samborskim.
 
Sara Kiedroń: Od lat zajmują się Panowie kwestią falsyfikatów na polskim rynku sztuki. Czy prowadzą Panowie archiwa prac fałszywych? Jaka jest skala tego problemu?
 
Jacek Cybis.: Po raz pierwszy zetknąłem się z tym procederem na początku lat siedemdziesiątych, Zajmuję się nim od 1986 roku a od 2009 roku w ramach działań Fundacji Jana Cybisa (1897-1972). Trudno mi mówić o skali zjawiska, gdyż mam wrażenie, że dotykamy jedynie wierzchołka góry lodowej. Oczywiście kategoryzuję doniesienia, które do mnie docierają na mniej lub bardziej poważne. Na przykład, jeśli praca pojawiła się w katalogu aukcyjnym lub w muzeum czy publikacji, staram się sprawę rejestrować i wyjaśniać. Z drugiej strony jest mnóstwo „sygnowanych” prac, które ktoś kupił na bazarze za 200 – 300 zł, mając nadzieję, że trafił na okazję. Sprzedający z reguły udaje, że nie wie o co chodzi, ale ponieważ obrazek za małą kwotę znalazł nabywcę, pojawia się następny obrazek, i tak interes kręci się dalej. Takich sytuacji jest mnóstwo, nie jesteśmy w stanie ocenić ich skali. Rozumiem ustawodawców francuskich, którzy zadecydowali o konieczności niszczenia falsyfikatów. Jeśli można niszczyć podrobioną konfekcję czy nielegalne nagrania, tym bardziej powinno się niszczyć falsyfikaty sztuki. Nie powinno tu działać tak zwane „święte prawo własności”. Mnie osobiście zdarzyło się potraktować tak potraktować dwa obrazy – to moje „skalpy”, z których została wycięta sygnatura. Ale nie było w tym przemocy. Po prostu właściciel tych falsów zachował się honorowo i zapytał jakie rozwiązanie mnie usatysfakcjonuje – odpowiedziałem, że usunięcie sygnatur z prac. Taki obraz oczywiście może funkcjonować jako anonimowy, ale niech nie będzie przypisywany temu konkretnemu artyście. Ilość fałszywych prac olejnych na rynku oceniam na co najmniej połowę tego, co Cybis w życiu namalował; możemy niestety mówić tu o około 500 falsach, nie wspominając nawet o pracach na papierze.
 
Niektóre osoby utrzymujące się z handlu sztuką, w sytuacji gdy wyjdzie na jaw, że chcą sprzedać falsyfikat  (oprotestowany przez rodzinę artysty) często bronią się, twierdząc, że spadkobiercy celowo negują autorstwo, bo sami sprzedają obrazy i chcą utrącić konkurencję. Trudno o większy absurd; to raczej postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat wartości, które sami wyznają. Z moich obserwacji wynika, że spadkobiercy, niezależnie od stopnia pokrewieństwa z artystą, bez wyjątku darzą go szczególnym kultem. Nikomu z nich nie przyszłoby na myśl, że można na przykład przepuszczać cynicznie fałszywki i egzekwować tantiemy za każdą transakcję.
 
 

Sygnatury wycięte z falsyfikatów prac Jana Cybisa

 

Aleksander Miklaszewski: Spoglądamy na proces falsyfikacji prac Jana Cybisa i Artura Nachta-Samborskiego jako osoby, które obcują z malarstwem tych artystów od wielu lat. Po śmierci Artura Nachta-Samborskiego w 1974 r. opiekę nad jego spuścizną sprawowała – w imieniu mieszkającej w Izraelu jego siostry i jej dzieci –  bratowa malarza, moja ciotka, Aniela Łempicka-Nacht. Obrazy, które przez blisko 20 lat przechowywała w swoim krakowskim mieszkaniu złożone zostały w 1993 r. w depozycie w Muzeum Narodowym w Poznaniu, które od tego czasu w profesjonalny sposób zabezpiecza ten zbiór. Przede wszystkim jednak, organizując i udostępniając prace na liczne wystawy, którym towarzyszą katalogi omawiające twórczość malarza przyczynia się do upowszechnienia i znajomości jego dorobku. W takich to okolicznościach, pomagając mojej ciotce m.in. w  tworzeniu inwentarza i dokumentacji fotograficznej spuścizny, później współpracując z MNP, a także z organizatorami wielu wystaw, poznawałem twórczość Nachta. Ten właśnie „trening oka”, uzupełniany tzw. literaturą przedmiotu: opracowaniami historyków sztuki  i tekstami krytyków, a także znajomość archiwaliów, wspomnień rodziny oraz mu współczesnych jest źródłem mojej wiedzy, pozwalającej - z oczywistymi ograniczeniami – na wysuwanie hipotez dotyczących autentyczności pokazywanych prac Nachta. „Śledzenie” falsyfikatów  jest tylko częścią - nie  najważniejszą - moich zainteresowań malarstwem jego i całej grupy kapistów. Są też inne aspekty ich życia i twórczości, które mnie bardziej zajmują, przynosząc satysfakcję z  obcowania z dorobkiem tych wielkich postaci polskiego malarstwa współczesnego. W związku z tym z  dystansem podchodzę do wydawania ostatecznych opinii na temat  nieznanych wcześniej obrazów, a wątpliwości związane z autentycznością pojawiających się  rynku prac przypisywanych temu malarzowi  staram się wywodzić z wieloaspektowego, obiektywnego i  krytycznego oglądu jego twórczości, a przede wszystkim z dostrzegania słabości w przesłankach i  dowodach  mających potwierdzać ich autentyczność.  Spuścizna tego artysty jest skromniejsza od Jana Cybisa, ale jest też mniej rozproszona. Artysta pokazywał swoje prace na wielu wystawach, eksponowane są też od dziesięcioleci w polskich muzeach, ale za życia nie miał wystawy monograficznej. Po śmierci malarza okazało się, że ten dorobek jest liczny i  obfituje w różne - nieraz zaskakujące historyków i krytyków sztuki prace. Nacht-Samborski sprzedawał niewiele. Także współcześnie  jego prace nie pojawiają się zbyt często na rynku sztuki. Od lat 70. XX w. przygotowano kilkanaście wystaw monograficznych i problemowych przyczyniając się m.in. do upowszechnienia ich wizerunków, które jednocześnie dzięki internetowi stały się powszechnie dostępne. Mówię o tym dlatego, że te prace,  których „nieautentyczność” jest stosunkowo łatwo zauważalna, odwołują się zazwyczaj  do konkretnych znanych dzieł tego artysty. Oczywiście czasem tworzy się też „nowe” obrazy.
 
S.K.: Wydaje się Panom, że można wyróżnić jakieś charakterystyczne cechy falsyfikatów prac artystów, którymi się Panowie zajmują? Czy to nowe kompozycje, czy raczej pastisze? Produkuje się nowe prace, a może sygnuje istniejące?
 
J.C.: Jeśli chodzi o Cybisa, spotkałem się z całą gamą fałszerstw. Są obrazy świadomie robione „pod”. Na przykład martwa natura, która wykorzystuje rekwizyty znane z innych obrazów Cybisa, takie jak cętkowany dzban, który widziałem w dwóch nieautentycznych pracach z tego samego źródła, wystawionych w Oknach Sztuki i Altiusie. Malujący nie zauważył niestety, że filiżanka na jednym z obrazów wisi w powietrzu, a nie stoi na stole - artysta klasy Cybisa nie mógł sobie pozwolić na taką nonszalancję. Spotkałem się też z kopią martwej natury odwróconą w lustrzanym odbiciu. Istnieją również obrazy, które są jedynie przypisywane artyście. W pewnej kolekcji podarowanej KUL-owi był pejzaż (niesygnowany) z przybitą do ramy wygrawerowaną tabliczką „Jan Cybis 1918”. Podobnie jak dwa pejzaże z mosiężnymi tabliczkami z grawerunkiem „Jan Cybis 1920”, które pojawiły się w domu aukcyjnym Polswiss Art w latach dziewięćdziesiątych. Najwyraźniej fałszerz nie wiedział, że Cybis był w tym czasie w wojsku, zaś w 1920 roku w pracowni Otto Mullera w Szkole Sztuk Pięknych we Wrocławiu. W tym okresie artysta nie wiedział nawet, że będzie nazywał się Jan Cybis, bo nazwisko na polsko brzmiące zmienił dopiero później, w Krakowie. Pojawiają się również obrazy innych malarzy przypisywane Cybisowi -  spotkałem się z obrazem „sygnowanym” na licu jako Jan Cybis, zaś na odwrocie podpisanym “Eugeniusz Geppert”. Kilka razy spotkałem obrazy autorstwa Heleny Zaremby-Cybisowej z sygnaturą przerobioną na „J. Cybis”. W tym wypadku mamy do czynienia z ewidentnym niszczeniem dorobku artystów, po to, aby sprzedać ich dzieła po nieco wyższej cenie. Takie działanie jest niszczeniem kultury i dziedzictwa narodowego. To problem w skali kraju, to nie tylko sprawa dorobku jednego czy drugiego malarza. W przypadku Nachta-Samborskiego i Cybisa są osoby, które opiekują się spuścizną artystów, ale większość twórców nie pozostawiło swojego dorobku pod żadną opieką. Nie ma instytucjonalnych form zajmujących się ochroną twórczości. Spotkałem się z bardzo różnymi opiniami na temat fałszerstw – po aferze w domu aukcyjnym Okna Sztuki zostałem wezwany do Pałacu Mostowskich (siedziby Komendy Głównej Policji w Warszawie), aby złożyć zeznania. Obraz został zdjęty z aukcji, to była pokazówka policyjna. Niedługo wcześniej utworzono jednostkę do walki z przestępczością w sferze dzieł sztuki i starano się wykazać. Taka akcja jednak dyscyplinuje rynek sztuki, gdy panuje na nim zbyt wielkie rozpasanie. W czasie tego pobytu wywiązała się rozmowa, w której jeden z policjantów twierdził, że fałszywe obrazy też mają wartość artystyczną, nieraz większą niż oryginały. Ktoś wymyśla takie rzeczy, aby rozmydlić problem; takie nonsensy niektórzy przyjmują jako argument w dyskusji. Jeśli tak jest, to po co sygnować obraz nazwiskiem innego artysty, zamiast pracować na własny rachunek?
 
Pejzaż letni z rzeką, olej płótno 46x61, sygn. pd Jan Cybis – Polish Art&Antiques Magazine nr 2/2004 str. 18, wyd. „Gazeta Antykwaryczna”, „Malarze polscy XIX i XX wieku. Mała encyklopedia rynku sztuki”, str. 115, wyd.  „Gazeta Antykwaryczna”, 2004 Kraków; Podręczna „Mała encyklopedia rynku sztuki”, str. 97, wyd. „Gazeta Antykwaryczna”.
 
Martwa natura na stole z kwiatami, olej płótno 44x54, sygn pd J.Cybis, Dom Aukcyjny Altius, Warszawa, 12.12.2005
 
 
A.M.: Jeśli chodzi o kwestię sygnatur, która przewinęła się w wypowiedzi Jacka Cybisa, w przypadku Nachta-Samborskiego jest to także jeden z aspektów oceny dzieła. Znakomita część spuścizny artysty jest niesygnowana. Zdarzają się  obrazy autorsko niepodpisane nawet w kolekcjach muzealnych, tworzonych za życia malarza  choć instytucje te z reguły o sygnatury zabiegały. Znakomita większość prac olejnych na płótnie , uważanych za jego „wizytówki” to prace bez sygnatury. Tymczasem gros ewidentnych falsyfikatów Nachta-Samborskiego jest przez fałszerzy – być może nieświadomych tego faktu, choć pewniej dla nadania im znamion autentyczności – sygnowana. Tutaj pojawia się kolejny problem. Artysta formalnie dopiero wiele lat po II wojnie światowej do rodowego nazwiska Nacht dołączył Samborski. Ukrywając  w czasie okupacji niemieckiej w Warszawie swoje żydowskie pochodzenie był Stefanem Samborskim, którym w oficjalnych dokumentach pozostał jeszcze jakiś czas po wojnie. Pracując w drugie połowie lat 40. XX w. jako profesor PWSSP i mieszkając w Sopocie, a także na początku lat 50. gdy był już profesorem warszawskiej ASP podpisywał swoje prace Stefan Samborski. W zbiorach Muzeum Narodowego w Gdańsku znajduje się obraz Nachta, z pierwotną sygnaturą Nacht (malowany  w okresie międzywojennym), z dopisanym później przez samego artystę nazwiskiem Samborski. Niektórzy z fałszerzy mają problem, ponieważ niedokładnie znając biografię artysty oraz historię sztuki, nie są w stanie ocenić, która część malarskiego dorobku „przynależy” do Nachta, która do Stefana Samborskiego, a która do Nachta-Samborskiego. Artysta zmieniał także krój liter w sygnaturze.  Spotkałem się również z pracami, w których przed sygnaturą dodawano inicjał imienia „A.”. Nie znam  autentycznych prac artysty podpisanych w ten sposób. Skala możliwych fałszerstw Nachta-Samborskiego – przynajmniej w tym zakresie, którego jestem świadomy -  jest oczywiście nieporównywalnie mniejsza, niż ma to miejsce w przypadku Jana Cybisa. Inną kwestią, z którą muszą się zmierzyć fałszerze jest niewielka ilość  motywów obecnych w jego malarstwie. Nie tylko w przypadku najbardziej znanych prac olejnych, które upowszechniły opinię o Nachcie jako „malarzu fikusów” rzuca się w oczy warsztatowa i obrazowa niekompetencja  naśladujących twórczość Nachta-Samborskiego. Jednym z tropów naprowadzających na  fałszywe dzieła jest też nieprzystawalność proponowanych ich cen sprzedaży do wartości rynkowej oryginalnych prac tego malarza. W galeriach, rzadziej na aukcjach, powszechnie natomiast na  Allegro lub Ebay rzekomo autentyczne prace  oferowane są zazwyczaj za kuriozalnie niskie ceny. W Irlandii Płn. wystawiona do sprzedaży internetowej została ostatnio praca przypisywana Nachtowi za 70 dolarów ! Podobne oferty trafiają się w Polsce  na Allegro: „nie stać mnie na ekspertyzę, więc sprzedaję pracę za 300 złotych”. Dla kolekcjonerów to dostatecznie mocny sygnał, że to nie jest okazja, tylko ewidentny przekręt.
 

Praca, opisana jako dzieło Nachta - Samborskiego, która pojawiła się na portalu Ebay.com

 

J.C.: Dla mnie także sygnatura jest wskaźnikiem autentyczności bądź fałszerstwa, dlatego staram się nie zdradzać, jaki jest tutaj klucz. Z mojego doświadczenia wynika, że wszystko co mówi się publicznie może zostać wykorzystane przez fałszerza do uprawdopodobnienia jego podróbki. Co do sygnatury – jest reguła. Sygnatura ewoluuje w czasie, i zmienia się też sposób malowania. Jeśli te dwa elementy są rozbieżne, wiadomo, że coś jest nie tak. Wiadomo, łatwiej podrobić sygnaturę niż sam obraz: dobra sygnatura nie gwarantuje autentyzmu, lecz zła dyskwalifikuje obraz. W sygnaturze niekiedy ujawniają się jakby indywidualne ambicje fałszerza. Podrabiając podpis autora, fałszerz przy okazji powiela samego siebie - po charakterystycznej sygnaturze można zorientować się, że falsyfikat wyszedł spod tej samej ręki.

 

S.K.: To prowadzi nas do kolejnego zagadnienia. Zauważył Pan, że obraz, odrzucony przez Pana jako falsyfikat, został wprowadzony na rynek po poprawkach. Mowa tutaj o pracy Jana Cybisa, która pojawiła się w ubiegłym roku w katalogu utworzonej z prac kolekcjonerów wystawy prezentowanej w Muzeum Śląskim. Jak często zdarzają się takie sytuacje?
 
J.C.: To było zdarzenie bez precedensu.
 
A.M.: To działanie bezczelne i głupie. Jeśli mamy świadomość tego, że obraz nie jest autentyczny i decydujemy się dokonać w nim poprawek to chyba zdajemy sobie sprawę z tego, że osoba, która zwróciła nam na to uwagę nie zaprzestanie dbania o to, by wątpliwa co do autentyczności praca, została „wyeliminowana” z obiegu.
 
J.C.: Być może ktoś liczy na to, że się nie zorientuję. Rzeczywiście, nie wybrałem się na wystawę. Zdziwiło mnie, że pracownik Muzeum Śląska Opolskiego, gdzie znajduje się największy w Polsce zbiór płócien Cybisa, nie powiadomił mnie o tym fakcie, gdy był na wystawie w Katowicach, chociaż jesteśmy w częstym kontakcie. Oczywiście nie chcę podważać tu niczyich kompetencji. Widocznie osoba ta liczyła, że muzeum tej rangi, co Muzeum Śląskie, sprawdziło ten obraz we wszystkich instancjach, w tym u mnie. Dużo później, już po zamknięciu wystawy, dowiedziałem się z publikacji, że taka praca się pojawiła. Po zapoznaniu się z katalogiem poprosiłem pracowników Muzeum o wyjaśnienia: stwierdzili, że nie zdołali się ze mną porozumieć, gdyż nie mieli do mnie kontaktu. Niestety, nie wykonali wykonali działań, aby zasięgnąć mojej opinii i uzyskać zgodę jako jednego z właścicieli praw autorskich.
 
A.M.: W przypadku Nachta-Samborskiego to ma trochę inny wymiar. Na portalu Invaluable.com pojawiła się ostatnio praca przypisywana temu artyście i sprzedawana przez mało znany dom aukcyjny w Stanach Zjednoczonych. W  ofercie czytamy: „this item is being sold as is unless otherwise noted, authenticity has not been firmly established”. Niestety wszystkie inne elementy zmierzają do tego, aby pokazać potencjalnemu nabywcy cechy wskazujące na autentyczność tej pracy. Fałszuje się podpis bratowej Nachta i pieczątkę inwentaryzacyjną, nalepki galeryjne. Fałszowanie tych elementów to jedna z najpowszechniejszych praktyk z jakimi się spotkałem. Dotyczy to przede wszystkim nalepek polskich BWA z różnych lat i miejscowości, dawnych salonów „Desy” itp.. Często jest to czynione tak nieudolnie, że nie trzeba być ekspertem, aby się w tym połapać. Jeśli ktoś fałszuje nalepkę z datą opisu i wystawienia 1970 r., a zgodnie z procedurą  w PRL na dole  zamieszczone są dane wskazujące na datę druku: 1982 r., to świadczyć może  o traktowaniu potencjalnych nabywców i pośredniczących w transakcjach za niekompetentnych w ocenie „dowodów” autentyczności dzieła. Oznacza to może także, że fałszerze zwracają się do klientów, dla których nie jest to istotne lub nie mają oni wiedzy na ten temat, a  sama „materialność” nalepki jest tożsama z atrybucją pracy. Zgodziłbym się z panem Jackiem Cybisem, że to wszystko na co my zwracamy uwagę w tej rozmowie powinno być zawsze przedmiotem zainteresowania galerii, domów aukcyjnych lub innych uczestników rynku sztuki. To jest jedna z ważniejszych kwestii, aby powszechny stał się rzetelny stosunek  do analizy przyjmowanych do sprzedaży obiektów, historii i dokumentów potwierdzających ich atrybucję. Ostatnio pojawiła się osoba, która wydaje fałszywe ekspertyzy podszywając się pod właścicielkę jednej ze znanych krakowskich galerii sztuki zmieniając jedynie jej imię na podobnie brzmiące. Przyznam, że sama pokrzywdzona i Stowarzyszenie Antykwariuszy i Marszandów Polskich zachowało się  w tej sytuacji  bardzo poprawnie – na stronie internetowej opublikowało informację o tym fałszerstwie. Proceder ten dotknął zarówno Nachta-Samborskiego jak i innych współczesnych artystów. Mógłbym przytoczyć  też inne pozytywne przykłady. Desa Unicum już kilkukrotnie zwróciła się do mnie z zapytaniem o opinię nt. autentyczności przekazanych im do sprzedaży prac   – dotyczyło to zarówno takich, co do których nie miałem wątpliwości, jak i tych, które niestety można zakwestionować. Podobnie, w przykładny sposób postępuje, pośród znanych mi przypadków Sopocki Dom Aukcyjny czy też Polski Dom Aukcyjny - Wojciech Śladowski w Krakowie.

Praca, opisana jako dzieło Nachta - Samborskiego, która pojawiła się na portalu Invaluable.com

 

 
S.K.: Jak często falsyfikaty pojawiają się w publikacjach – w katalogach artystów, wystaw lub katalogach aukcyjnych? Czy śledzą Panowie sytuację na bieżąco i są w stanie ocenić skalę tego problemu?
 
J.C.: Pod tym względem jest już lepiej. Większość, o ile nie wszystkie domy aukcyjne w Warszawie, dzwonią do mnie lub przesyłają fotografie na maila, jeśli pojawiają się u nich prace Cybisa. Ostatnio dostałem zapytanie z domu aukcyjnego Agra Art dotyczące nieautentycznej pracy – obraz nie trafił do katalogu, został wyeliminowany wcześniej. To oczywiście nie dotyczy Allegro i tym podobnych form sprzedaży. Wypadek w Muzeum Śląskim jest o tyle kuriozalny, że jest to próba ominięcia systemowych zabezpieczeń, czyli zakazu opiniowania obrazów przez pracowników muzeum. W tym wzorowanym na prawie unijnym zapisie chodzi oczywiście o konflikt interesów. Prywatna opinia pracownika muzeum jest w tej sytuacji uznawana - a nie powinna być - za ekspertyzę muzealną. Muzeum Śląskie zorganizowało wystawę z kolekcji prywatnych. Wśród osób wystawiających znalazł się galerzysta, który umieścił tam fałszywy obraz, zreprodukowany później w katalogu. Warunki organizowania wystawy były takie, że sytuacji nie dało się opanować. Nie sposób sobie wyobrazić sprawdzenia kilkuset obrazów w ciągu krótkiego czasu. Muzeum z konieczności musiało oprzeć się na oświadczeniach właścicieli. Nie umieszczono jednak w katalogu zastrzeżenia, że Muzeum wystawia prace, których autentyzm gwarantują jedynie sami wystawiający.
 
S.K.: To ciekawe, nowe zjawisko. Wspominał Pan, że system się uszczelnia i w związku z tym takich prac nie da się już autentyfikować w katalogach aukcyjnych. Kolekcjonerzy wydają własne publikacje lub próbują włączyć swoje prace do systemu muzealnego, w ten sposób gruntując przekonanie o autentyczności posiadanej pracy.
 
J.C: Prawdziwym, znanym kolekcjonerom, jak Lech Siuda, Wojciech Fibak, Jacek Łozowski czy Krzysztof Musiał, takie wpadki się nie zdarzają. Albo sami są znawcami albo wspomagają się opinią ekspertów. Co do specjalistów, oczywiście nie można być omnibusem i trzeba specjalizować się w konkretnej działce. Nie wystarczy być autorem publikacji; w przypadku malarstwa trzeba mieć przede wszystkim „oko”. Oceniając autentyzm obrazu należy umiejętnie dobierać materiał porównawczy (temat, miejsce, format, czas), co do którego mamy pewność, że jest wiarygodny. Dopiero wtedy można szukać podobieństw, a po pozytywnych wnioskach można przypisać obraz konkretnemu artyście. Nie wspominam tutaj nawet o badaniach fizykochemicznych, które są kosztowne i też wymagają materiału porównawczego.
 
A.M.: Wspominałem wcześniej o „dziele”, które pojawiło się w Stanach Zjednoczonych. Z opisu wynikało, że było malowane farbą akrylową, której Nacht nie stosował. Przyznam, że nie sądziłem, aby skala fałszerstw Jana Cybisa, o których  wspomniano, była tak olbrzymia. Mówię o tym również dlatego, że zarówno Cybis jak i Nacht są jednymi z kilkunastu najważniejszych polskich malarzy XX wieku, choć może notowania aukcyjne tego do końca nie potwierdzają. Proszę sobie wyobrazić, ile prac tych najdroższych na polskim rynku sztuki artystów może być  fałszywych – dotykamy tutaj tylko, jak o tym wspomniał Jacek Cybis, wierzchołka góry lodowej.
 
J.C.: Niektórzy ludzie związani z handlem sztuką uważają, że nie należy nagłaśniać sprawy, bo to „psuje rynek”. Występuje tutaj absolutny konflikt interesów. Ja też uważam, że takie informacje psują rynek. Pojawiają się artykuły w prasie, że trzeba uważać na prace Cybisa, bo można stracić – to oczywiście budzi ostrożność kolekcjonerów i redukuje popyt na te obrazy. Samo skojarzenie pozostawia niesmak. Ale jak inaczej bronić dorobku artysty, który wobec swojego malarstwa był bardzo rygorystyczny, który w trudzie dopracował się własnej wizji? Jeśli fałszywy obraz dotarł na sale muzealne to nie ma już właściwie żadnych barier, które skutecznie odsiewają falsyfikaty z obiegu.
 
A.M.: Widzę jednak sens takiego działania. Jest to bowiem sygnał, że  pojawianie się falsyfikatów konkretnych artystów jest zagrożeniem także dla autentyczności kolekcji tworzonych przez nabywców tych dzieł. Mówiąc o tym zjawisku  wzmacnia się także poczucie konieczności odwołania się do wiedzy różnych osób i zasobów informacji przez nich posiadanych. Tym samym - choć może to wydawać się paradoksem - sądzę, że wspomniane wcześniej różne niuanse związane z fałszowanymi pracami Nachta-Samborskiego nie są swoistym „instruktażem” dla potencjalnych oszustów lecz ich przypomnienie służyć może ochronie rzeczywistego dorobku tego artysty, a w konsekwencji także zainteresowanych posiadaniem jego dzieł kolekcjonerów.
 
J.C.: Do tej pory opiniowałem obrazy przypisywane Cybisowi nieodpłatnie – uważałem, że jestem to winien pamięci ojca. Stałem się jednak do pewnego stopnia zakładnikiem wytworzonej sytuacji. Nie chciałem poświęcać się wyłącznie tym sprawom, ale w praktyce tak się stało. Pragnąłbym, aby pojawiły się systemowe rozwiązania co do „góry śmieci” pretendującej do miana dziedzictwa narodowego. Nie wiem, kto jest w stanie dokonać selekcji – mamy zatrzęsienie tych prac. Jest takie pojęcie jak pejzaż wizualny czy odbiór społeczny malarstwa. Jeśli spotykamy się z dziełami Cybisa, z których połowa jest fałszywa, to wizja jego malarstwa jest zamulona. To dużo większa szkoda dla kultury niż straty finansowe rynku, czy kolekcjonerów, którzy latami procesują się w sprawie sprzedanych im fałszywych dzieł.

Frgament archiwum Jacka Cybisa

S.K.: Jak reagują profesjonaliści lub indywidualni kolekcjonerzy, kiedy słyszą, że weryfikowana praca jest falsyfikatem?
 
A.M.: Jak wspomniałem nie wyrażam w takich sytuacjach opinii ostatecznych. Przedstawiam tylko argumenty, które w mojej ocenie przemawiają za wątpliwościami dotyczącymi autentyczności konkretnej pracy. Zdarza się, że  wystarczy zwrócić uwagę na konieczność bardziej wnikliwego rozważenia autorstwa pracy. Czasem nawet samo zainteresowanie ofertą, wykraczające poza zdawkowe w takiej sytuacji pytania, sprawia, że po niedługim czasie jest ona już nieaktualna, i to wcale nie dlatego, że obraz został sprzedany. Ostatnio spotkałem się z takim przypadkiem: obraz pojawił się na Allegro, później trafiłem na galerię, która go oferowała. Kiedy chciałem zobaczyć pracę, powiedziano mi, że właściciel ją wycofał ze sprzedaży. Nie jestem tego jednak pewien, ponieważ na stronie galerii obraz nadal „wisi”. Wystarczy jedynie 14 000 złotych, aby zakupić „takiego” Nachta – Samborskiego! Nie ma jednak nabywców, co dobrze chyba świadczy o świadomości poważnych kolekcjonerów.
 
J.C.: Są różne reakcje. Posiadacze prac kupionych na targu staroci, czasem, gdy jest to znajomy znajomych, dowiadują się o moim istnieniu i próbują zasięgnąć opinii. Gdy okazuje się, że praca nie ma nic wspólnego z oryginałem, przyjmują to bez zdziwienia a często stwierdzają – nie szkodzi, przyzwyczaiłem się do niego, podoba mi się ten obraz. Nie sposób przy tym oddzielić zasugerowania się nazwiskiem od wrażenia jakie robi sam obraz. To delikatna sfera odczuć, w której odgrywają rolę prestiż sztuki i pewna doza snobizmu. Zdarza się, że prywatni właściciele, zwłaszcza w przypadku posiadania obrazów niesygnowanych, są bardzo zadowoleni z pozytywnej opinii, na którą nie liczyli. Są też tacy, którzy oczekują, że potwierdzę autentyczność, co do której są przekonani i starają się wpłynąć na moją opinię, podając szereg argumentów. Jak się okazało nie należy ujawniać kryteriów oceny.
 
 
Drugą część wywiadu przeczytasz tutaj.
 
Pokazywane powyżej prace nawiązują do różnych poruszanych w wywiadzie aspektów fałszowania malarstwa Jana Cybisa (1897-1972) i Artura Nachta-Samborskiego (1898-1974).  Ilustrują różne sposoby mające nadać tym pracom autentyczny charakter.  W efekcie jednak nie przystają do spuścizny tych artystów -  zarówno gdy przyjrzymy się ich warsztatowi, prowadzeniu pędzla,  sposobie kładzenia farby, czy też  sygnaturze, które odbiegają od tego co znamy z prac oryginalnych  - na tyle,  że przypisywanie ich tym twórcom budzi daleko idące wątpliwości. 
 
Materiał dokumentacyjny pochodzi ze zbiorów z Jacka Cybisa oraz ze wskazań Aleksandra Miklaszewskiego.