Falsyfikaty na rynku sztuki - rozmowa z Jackiem Cybisem i Aleksandrem Miklaszewskim / część druga
W ostatnich latach polski rynek sztuki rozwija się dynamicznie - zwiększają się obroty aukcyjne, rośnie ilość dostępnych w sprzedaży dzieł sztuki, padają nowe rekordy cenowe. To niesie za sobą nie tylko wzmożone zainteresowanie kolekcjonerów, ale także, niestety, nasilenie problemów, które od dawna nękają rynek sztuki. Wraz ze wzrostem zainteresowania dziełami sztuki w Polsce, zwiększa się też ilość falsyfikatów w obiegu. O skali i złożoności problemu, mechanizmach jego zwalczania oraz zagadnieniach systemowych i prawnych rozmawiamy z doktorem Jackiem Cybisem, opiekunem spuścizny po Janie Cybisie - oraz z Aleksandrem Miklaszewskim, który zajmuje się spuścizną po Arturze Nachcie-Samborskim.
 
 
Sara Kiedroń: Jak oceniają Panowie funkcjonowanie systemu weryfikacji autentyczności dzieł sztuki w Polsce – o ile właściwie możemy mówić o jakimkolwiek systemie?
 
Aleksander Miklaszewski: Eliminacja nieautentycznych dzieł artystów powinna być jednym z fundamentalnych celów ochrony dziedzictwa kulturowego, kwestią związaną z podstawową dbałością o sztukę i własność intelektualną. To jest zagadnienie  związane zarówno ze stanowieniem jak i stosowaniem prawa. Naturalnie, ustawodawstwo obejmuje różne aspekty ochrony dóbr kultury, których częścią jest także dyskutowany przez nas problem. W przypadku, kiedy mogą się pojawiać sprzeczne opinie i ekspertyzy - do takich niewątpliwie należy interesująca nas kwestia - sprawy mogą ostatecznie podlegać ocenie sądowej.
 
Jestem przekonany, że regulacje prawne są niezbędne nie tylko do zabezpieczania interesu poszczególnych artystów,  lecz przede wszystkim muszą służyć polskiej kulturze, której dzieła sztuki są istotną częścią. Czy polskie prawo wystarczająco chroni nas przed fałszerstwami? Trudno być o tym w pełni przekonanym. Wydaje się, że regulacje prawne, a także – co chyba równie ważne – praktyka, z pewnością mogą czerpać z doświadczeń krajów, w których rynek sztuki jest zdecydowanie bogatszy i dojrzalszy, a skala i komplikacja problemów  większa. Nie studiowałem bliżej zagadnień związanych z tworzeniem prawa w tym zakresie, bardziej interesują mnie praktyczne rozwiązania, będące konsekwencją norm prawnych. Kilka z nich trafnie dostrzegł Jacek Cybis: falsyfikaty powinny być eliminowane z rynku – także poprzez ich niszczenie. Nie znajduję żadnego argumentu za tworzeniem składów lub „muzeów” gromadzących takie „dzieła”. Żeby móc rugować takie prace z rynku, musimy mieć pewność, że „wyrok” na dziele sztuki jest sprawiedliwy.
 
Kluczowym zagadnieniem jest to, kto i na jakiej podstawie ma decydować w tej sprawie oraz w jaki sposób uwzględniać prawo własności posiadacza takiego fałszywego Cybisa czy Nachta . W polskim systemie regulacyjnym mamy do czynienia z pewnym kłopotem. Odmawiamy prawa do dokonywania ekspertyz na potrzeby galerii czy domów aukcyjnych pracownikom muzeów, którzy  kompetencje związane z możliwością oceny autentyczności dzieł potwierdzają swoim wykształceniem, zawodowym dorobkiem, a niejednokrotnie badaniami naukowymi nad twórczością poszczególnych artystów.  W ten sposób pozbawiamy się możliwości maksymalnego zbliżenia do prawdy o konkretnym dziele sztuki już w chwili wprowadzania go do obiegu rynkowego. Uwzględniając konieczność zachowania niezależności instytucji muzealnych, warto być może znaleźć rozwiązanie, które pozwoli kompetentnym merytorycznie pracownikom tych instytucji na przygotowywanie we własnym imieniu ekspertyz oceniających dzieła sztuki pod kątem ich autentyczności ,  a więc bez angażowania autorytetu ich szacownego pracodawcy,  nie tylko na etapie opinii wydawanej w roli biegłego na prośbę policji, prokuratury czy sądu.
 
J.C.: System weryfikacji autentyczności dzieł sztuki oceniam bardzo źle. Odnoszę wrażenie, że rynek sztuki został zdominowany przez kilku grasujących na nim „ekspertów”, którzy seryjnie wydająwyłącznie pozytywne  opinie,  niezależnie od tego, czy praca jest prawdziwa czy nie. W przypadku Cybisa, sytuacja powinna być znacznie lepsza niż w wypadku większości artystów, których obrazy funkcjonują na rynku sztuki. Były przecież dwie próby usystematyzowania jego twórczości: przez zrobienie catalogue raisonné w 1965 roku oraz spisu obrazów w monografii wydanej po śmierci artysty w 1985 roku. Nie zauważyłem, niestety, by ktokolwiek, opiniując obrazy Cybisa, odwoływał się do tego źródła. Tak zwani eksperci nie powołują się na te materiały, bo to delegitymizowało by ich prawo do wynagrodzenia. Nawet jeśli te spisy objęły ok. 90 procent twórczości artysty, opiniując obraz należy się do nich odnieść; sprawdzić, czy obraz występuje w zbiorze, czy nie. W momencie, kiedy nie go tam nie ma, należy podjąć się bardziej drobiazgowej analizy – zbadać jego pochodzenie, postawić hipotezę na tema czasu powstania, poszukać analogii, zestawić z materiałem porównawczym... W tej sprawie muszą zostać wprowadzone systemowe rozwiązania prawne. Opinie powinny być rejestrowane. Należy wydawać licencje na opiniowanie danego malarza – nie ma ludzi, którzy znają się na wszystkim. Podstawą do wydania takiej opinii powinno być „oko”, a nie jedynie erudycja. Jest ona oczywiście przydatna: ułatwia znalezienie pewnych przykładów porównawczych, określenie czasu, okoliczności w jakich ten obraz powstał; podstawą jest jednak „oko”.
 
S.K.: Jak sprawdzić, czy ktoś ma „oko”?
 
J.C.: To bardzo proste. Pewien profesor historii architektury miał talię zdjęć i na egzaminie ustnym prosił o rozpoznanie, co przedstawia zdjęcie, kiedy i gdzie powstał obiekt. Nie były to realizacje ogólnie znane, więc wystarczyło określić ich funkcję, wiek oraz kraj lub region. To właśnie kształcenie oka. W odniesieniu do Cybisa wyobrażam sobie taki test: wśród dwudziestu zdjęć obrazów, w tym obrazów Cybisa (i to nie tych najbardziej znanych) pochodzących z różnych okresów jego twórczości, należałoby wskazać te, które wyszły spod jego pędzla. To powinno być coś w rodzaju egzaminu mistrzowskiego dla specjalistów. Nie wystarczy napisać książki o jakimś okresie malarstwa, trzeba umieć patrzeć na obrazy, rozróżniać ich cechy charakterystyczne, jednym słowem – mieć oko malarza. Mam świadomość, że szanujący się ekspert nigdy na zdjęciach nie może poprzestać, ale z mojego doświadczeniata metoda zdaje egzamin jako wstępna selekcja obrazów.
 
S.K.: Jak często spotykają się Panowie ze sprzecznymi opiniami ekspertów dotyczącymi tego samego obrazu?
 
J.C.: Pożądane są opinie pozytywne. Dopóki obraz z taką opinią nie zmienia właściciela, nie ma problemu. Kłopoty mogą pojawić się, gdy ekspert nowego nabywcy prezentuje pogląd przeciwny. Bardzo rzadko stykam się z opiniami negatywnymi – prawie wcale. Poza jednym wypadkiem: wspomniany wcześniej obraz, który pokazał się w Oknach Sztuki i został aresztowany przez policję, miał pozytywną ekspertyzę pani Bartnickiej-Górskiej (pisaną, jak później wyjaśniała, pod presją marszanda i czasu). Prokurator zlecił ponowne zaopiniowanie trzem ekspertom – cała trójka, na szczęście, zgodziła się z moją opinią.
 
A.M.: To ważne zagadnienie, które niesie ze sobą istotne konsekwencje. Właściwie nie mogę sobie przypomnieć sytuacji, gdy poddałem w wątpliwość sentencję przedstawionej ekspertyzy broniono by jej „do upadłego”. Częściej już zdarza się, że gdy obraz był oferowany bez takiego dokumentu, pytano  mnie,  kto mógłby taką opinię przygotować. Oczywiście, nie będąc zawodowo przygotowanym do przedstawiania ekspertyz, nie roszczę sobie prawa do formułowania sądów kategorycznych, a opinie wyrażam wyłącznie „pro publico bono”. Jeśli natomiast moje argumenty leżące u podstaw wątpliwości co do autentyczności pracy przypisywanej Nachtowi, uważano za słuszne, obraz zazwyczaj był wycofywany z oferty bądź nie przyjmowany do sprzedaży. W tym momencie pozostaje niestety nierozstrzygnięte zagadnienie, co dalej dzieje się z taką wątpliwą pracą. Przeważnie zwracana jest właścicielowi, który świadomy (lub nie) wątpliwości związanych z autorstwem, próbuje zaoferować ją do sprzedaży innemu marszandowi. I ponownie stajemy przed problemem, o którym rozmawiamy.

 

S.K.: Czy Panów zdaniem domy aukcyjne i galerie w tym momencie podejmują wystarczające wysiłki, aby zatrzymać dopływ falsyfikatów na rynek? Co można zrobić, aby polepszyć obecną sytuację w tym zakresie?

 
J.C.: Przede wszystkim należy eliminować falsyfikaty z rynku. ponieważ. Jeśli zwraca się falsyfikat właścicielowi, on może próbować szczęścia w innym domu aukcyjnym lub galerii (chociaż jest to już działanie w złej wierze), falsy stale krążą. Należy więc rejestrować takie fakty. Na razie ten proceder jest bezkarny: moja opinia jako eksperta przyczyniła się do ukarania osoby sprzedającej falsyfikat przez Internet na trzy miesiące w zawieszeniu na trzy lata. Gdyby ktoś podrobił banknoty na sumę 50 000 złotych – poszedłby do więzienia na kilkanaście lat. Jeśli ktoś podrabia obraz o takiej samej wartości, w dodatku wyposażony w ekspertyzę omylnego eksperta, nie ponosi żadnych realnych konsekwencji. Eksperci również nie ponoszą odpowiedzialności finansowej za swoje opinie. Powinni być ubezpieczeni, jak lekarze, od błędu w sztuce. Gdyby ubezpieczyciel musiał wypłacić kilka odszkodowań oszukanym klientom, eksperta nie byłoby stać na opłacanie ubezpieczenia i zostałby wyeliminowany z rynku. Należałoby również wprowadzić model francuski – eliminację fałszywek z rynku poprzez ich niszczenie. Znakowanie lub rejestrowanie obrazów fałszywych też jest rozwiązaniem – pozwala dojść do źródła fałszerstw.
 
S.K.: Podsumowując – ubezpieczenie ekspertów, wydawanie im licencji, rejestr i znakowanie obrazów.
 
J.C.: Tak. Chodzi też o to, by sprawdzać kwalifikacje każdego eksperta. Takich znawców powinno być co najmniej trzech dla twórczości jednego malarza. Każdy z nich ponosiłby indywidualną odpowiedzialność.
 
S.K.: Jaką rolę powinny odgrywać  domy aukcyjne, jaką ustawodawca?
 
J.C.: Domy aukcyjne powinny rejestrować obrazy malarza przechodzące przez ich ręce – już teraz, chociażby ze względu na droit de suite. Rejestrować fałszywki, nawet jeśli są one zwracane. Właściciel może oczywiście działać w dobrej wierze. Jeżeli jednak wiedząc, że obraz jest wątpliwy, oferuje go gdzie indziej, świadczy to o jego złych intencjach. Rzekomy obraz Cybisa, oprotestowany i wycofany w jednym z domów aukcyjnych, pojawił się w innym domu aukcyjnym kilka lat później pod zmienionym tytułem i z celowo spreparowanym zdjęciem w katalogu (zachwiano proporcjami kolorów).
 

Fragment archiwum Jacka Cybisa.

A.M.: Instytucje takie jak domy aukcyjne, które wprowadzają na rynek sztuki obiekty z różnych epok i dziedzin sztuki, z natury rzeczy muszą odwoływać się do ekspertów zewnętrznych. Dzieje się tak pomimo, że  pracują w nich osoby, które mają nie tylko przygotowanie z zakresu historii sztuki oraz „wyrobione oko , ale także znają się  na stosowanych przez fałszerzy technikach uwiarygodniania autentyczności dzieł sztuki. Instytucje te gromadzą również niezbędną dokumentację, katalogi, mają dostęp do różnych baz danych i serwisów internetowych, w tym pozwalających sprawdzić obecność prac artysty na rynku sztuki. Za każdym razem, kiedy przychodzi osoba z obrazem Nachta-Samborskiego, o którym nic nie wiemy ponad to, że jest sygnowany, podstawowym zadaniem marszanda musi być dążenie do niepodważalnego potwierdzenia jego autorstwa. Historycy sztuki, eksperci posługują się metodami służącymi temu celowi, jednak tylko odpowiedzialność za formułowane opinie i dbałość o wysoki poziom profesjonalny i etyczny, może ograniczyć błędne oceny i fałszywe opinie.
 
Wszyscy zastanawiamy się nad tym, na ile normy i procedury mogą ograniczyć skalę obecności fałszywych dzieł sztuki na rynku, w prywatnych zbiorach i kolekcjach publicznych. Oczywiście, wiemy, że tam, gdzie można zaspokoić czyjeś oczekiwania, a sobie przysporzyć zysków, zawsze znajdą się jednostki nieuczciwe – to trochę zabawa w policjantów i złodziei. Nie możemy też wykluczyć sytuacji, w której osoba przychodząca np. do domu aukcyjnego z obrazem sygnowanym Nacht-Samborski, sama w którymś momencie została oszukana, lub przejęła go w schedzie rodzinnej, często nie znając losów obrazu. Postępuje zazwyczaj w dobrej wierze.
 
Tutaj pojawia się kwestia odpowiedzialności: niewątpliwie tworzenie i przestrzeganie katalogu dobrych praktyk, eliminujących najpierw błędy w ocenie autentyczności, a następnie wykluczających „z obiegu” falsyfikaty, jest niezbędnym warunkiem poprawy sytuacji i ograniczenia upowszechniania fałszywek. Jestem przekonany, że głównym problemem -zaraz po trafnym określeniu autentyczności dzieła sztuki - jest ograniczenie rozprzestrzeniania falsyfikatów. Rozsyłając stosowne powiadomienia, SAMP ostatnio wzorcowo zareagował - na sytuację, kiedy próbowano oferować kolejnym galeriom  sfałszowaną pracę Nachta-Samborskiego (po odmowie przyjęcia przez dwa domy aukcyjne, posługując się przy tym fałszywym „certyfikatem autentyczności”) Gdyby to była norma i powszechna praktyka na polskim rynku, skala fałszerstw zostałaby niewątpliwie ograniczona.

 

S.K.: Czy ma Pan dobre doświadczenia współpracy z konkretnymi domami aukcyjnymi?
  
J.C.: Mimo wielu gorzkich słów, które tu padły, sytuacja jest znacznie lepsza niż dwadzieścia lat temu. Dowodem na to jest przeniesienie sprzedaży fałszywek do Internetu bądź poza granice kraju. Znam głównie rynek warszawski, gdzie utrzymuję stały kontakt z większością domów aukcyjnych. Szczególnie dobrze układa się współpraca z Rempexem, a także z Agrą Art i Desą Unicum. Niedawno odezwała się do mnie Libra – mam nadzieję na równie dobre relacje. Sporadycznie kontakty utrzymuję z Domem Aukcyjnym Ostoya, Polswissem i Sopockim Domem Aukcyjnym. Będę dążył do wydania nowego catalogue raisonné, który poprawiłby radykaknie sytuację.
 
Pierwszą część rozmowy przeczytasz tutaj.
 
Pokazywane powyżej prace nawiązują do różnych poruszanych w wywiadzie aspektów fałszowania malarstwa Jana Cybisa (1897-1972) i Artura Nachta-Samborskiego (1898-1974).  Ilustrują różne sposoby mające nadać tym pracom autentyczny charakter.  W efekcie jednak nie przystają do spuścizny tych artystów -  zarówno gdy przyjrzymy się ich warsztatowi, prowadzeniu pędzla,  sposobie kładzenia farby, czy też  sygnaturze, które odbiegają od tego co znamy z prac oryginalnych  - na tyle,  że przypisywanie ich tym twórcom budzi daleko idące wątpliwości. 
 
Materiał dokumentacyjny pochodzi ze zbiorów z Jacka Cybisa.