Irena Kalicka, "Dożynki"
2019-01-26 - 2019-03-31
Wystawy Ireny Kalickiej (już nie Irenki, jak artystka podpisywała się dotychczas) wywoływały różne emocje: od zachwytów po zaciętą krytykę i ciężkie oskarżenia. Dotychczas jednak pokazywała cykle zdjęć – od samego początku pracuje raczej seriami niż przy pomocy pojedynczych kadrów – albo ich fragmenty. Tym razem, na Dożynkach pokazywanych od 26 stycznia w krakowskim Bunkrze Sztuki, jest inaczej: chociaż nikt tym słowem nie epatuje, można tę wystawę nazwać pierwszą retrospektywą młodej twórczyni. Pokaz, którego kuratorką jest Anna Lebensztejn, pokazuje wieloletnią fascynacje niepokojącymi motywami, wraz z jej najnowszą, ludową odsłoną.
Początek to tytuł – Dożynki. Radosne święto zakończenia żniw oświetlone tak, że widać głównie połyskujące złowieszczo kosy. Dożynki brzmią tu jak słowo utworzone nie od żęcia zboża, a od dorzynania, jakby zaraz miała zabrzmieć bojowa piosenka Dalej chłopcy, dalej żywo, otwiera się dla nas żniwo, rzućwa pługi, rzućwa radło, trza bojować, kiej tak padło. Irena Kalicka w swoich najnowszych pracach rozbiera na fragmenty Polskę i polskość: jest tu kanapka z pasztetem i grzyby, widły i drabina, kościotrupy i gumiaki. A wszystko to złożone w ogromne postaci: kosa zamiast ręki, kotara na miejscu brzucha, twarz ułożona na talerzyku.
W świetnej aranżacji Mateusza Okońskiego zyskują zarówno prace Kalickiej, jak i architektura Bunkra Sztuki. Dzięki świadomemu zastosowaniu podziałów (ścian i sufitu) wystawa nabiera rytmu, i chociaż przeplatają się tu prace z różnych cyklów – od Fototeatrzyku przez Nowe Ateny, aż po Sztuczki i rzezie, całość robi wrażenie skonstruowanej specjalnie pod tę wystawę. Zanurzeni akwarium widzowie brodzą wśród wypieranych zazwyczaj przedstawień – od kościotrupa po grupę odzianej w dresy młodzieży o pomalowanych na czarno-biało twarzach.  W uniwersum Ireny Kalickiej nawet szkolne zdjęcie w sali gimnastycznej może nabrać innego wymiaru. A jednocześnie ten świat pełen masek i zasłoniętych twarzy bywa kolorowy jak retuszowane zdjęcia w witrynie u fotografa: intensywne żółci, czerwienie i błękity wyglądają jak z reklamy z poprzedniej epoki. Tym światem rządzi sama artystka, przebrana w strój krakowianki, z włosami splecionymi w idealne warkocze.
Dożynki to dowód na to, że Kalicka z Irenki stała się już Ireną. Sięgając po rożne środki (na wystawie znajdują się zarówno prace powstałe przy użyciu plastikowego aparatu Premier, jak i zdjęcia cyfrowe) i pozornie – po różne tematy, od dekady konsekwentnie rozwija w swojej twórczości te same wątki. Kuratorka, Anna Lebensztejn, podsumowuje to, mówiąc, że Irena Kalicka od lat wytrwale mierzy się z fanatyzmami toczącymi polskie społeczeństwo: nacjonalizmem, nietolerancją, fundamentalizmem religijnym, polityczną propagandą czy subkulturami stadionowymi. Dziś straszydła te nie kryją się po kątach, lecz coraz śmielej plenią się w świetle dnia. Zamiast walczyć z nimi ze śmiertelną powagą, artystka stawia im czoła, spoglądając na nie z lekkim przymrużeniem oka, przez filtr groteski, niejednoznaczności, żartu.

Tekst: Martyna Nowicka

wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście publikujemy dzięki uprzejmości Bunkra Sztuki, fot. Studia FilmLOVE,